Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 27 stycznia 2026

Zatrzymaj mnie

 

 


ROZDZIAŁ 1

GRUDZIEŃ 2009

 

Michał                               

Święta zbliżały się wielkimi krokami i chociaż starałem się tym nie przejmować, nie mogłem odgonić od siebie myśli, że spędzę je w tym roku tylko z kotami! Przemiana Jadzi trochę mnie niepokoiła. Po powrocie z Egiptu nabrała apetytu na wojaże i zamiast pielęgnować tradycję, postanowiła spędzić święta w Zakopanem.

– Stres, synu, jest głównym powodem zawałów – tłumaczyła mi z powagą. – Stasio bardzo o mnie dba – spojrzała czule na żonkosia. – Chyba nie odmówisz starej, schorowanej matce chwili przyjemności – spojrzała na mnie groźnie. Stach skurczył się jeszcze bardziej i zaczął nerwowo przebierać palcami, łypiąc na mnie spod oka.

– Jedźcie i bawcie się dobrze. Dam sobie radę – Stach podziękował mi uśmiechem.

– Mówiłam Ci, Stasiu, że z Michałkiem nie będzie kłopotu – stwierdziła moja rodzicielka z miną statecznej matrony. 

„Biedny ten Stach” – pomyślałem, patrząc na potulnego, starszego pana. Od niedawna są małżeństwem, a już mało go widać spod jej pantofla.

– Macie już jakieś plany na Sylwestra? – zagadnąłem Stacha, żeby trochę go ośmielić. Efekt był zupełnie odwrotny. Mój ojczym potwornie się zdenerwował. Jadzia popatrzyła na niego z westchnieniem.

– Plany owszem są, ale Stasia to nie cieszy. Nie umie tańczyć, niestety – powiedziała z wyraźnym wyrzutem. – A ja tak bym sobie potańczyła – rozmarzyła się.

Nie mogłem dłużej patrzeć na męki upokarzanego Stacha. Wymawiając się pilnymi sprawami szybko dopiłem herbatę z cytryną i ruszyłem w kierunku drzwi. Jadzia wybiegła za mną na klatkę. – Synku, na pewno się nie gniewasz, że nie urządzam Wigilii w domu? Samiuteńki taki zostałeś. Jestem złą matką, nie powinnam ci tego robić – wyglądała na bardzo zmartwioną.

– Nie gniewam się. I nie przesadzaj z tym samiuteńkim – mam w domu sporą trzódkę, z którą pogadam sobie w wigilijny wieczór – zażartowałem. Jadzia zbladła jeszcze bardziej.

– Może ja jednak wszystko odwołam? Przestraszyłem się nie na żarty. Z tego wszystkiego jeszcze Stach dostanie zawału tuż przed świętami.

– Mamo, nawet o tym nie myśl! – zażądałem. Nie jestem już dzieckiem i naprawdę przeżyję jeden wieczór bez wyskubywania ości z karpia. Zresztą jeszcze całkiem niedawno byłaś w domu zupełnie sama, gdy ja długimi miesiącami pracowałem za granicą. Zapomniałaś już?

– Zgadza się – zachlipała  – ale święta zawsze spędzaliśmy razem.

– Mamuśka, tylko mi tu nie płacz – poprosiłem przestraszony. Z odsieczą ruszył mi Staszek.

– Jadziu, skarbie – nie denerwuj się. Wiesz, że to ci szkodzi – pogłaskał ją czule po plecach. Jadzia płakała jak bóbr. Sąsiedzi gotowi pomyśleć, że stało się coś strasznego. Cofnąłem się do domu i zamknąłem drzwi. Musiałem szybko coś wymyślić, bo matka wyraźnie nie umiała powiedzieć twardego ”nie” tradycji, chociaż jeszcze przed godziną udawała twardziela. Cała Jadzia!

– Mamo uspokój się i posłuchaj – patrzyłem jej prosto w oczy. Nie chciałem Ci mówić, ale twój wyjazd jest mi bardzo na rękę. Jadzia głośno wytarła nos i popatrzyła na mnie podejrzliwie. – Ania zaprosiła mnie na Wigilię już jakiś czas temu. Nie brałem tego pod uwagę, ale teraz myślę, że to świetny pomysł. Ja nie będę sam, a ty i Staszek zrelaksujecie się w Zakopanem.

– I wilk syty i owca cała – skomentował cicho Stach.

– Stefcia do mnie dzwoniła wczoraj i nic nie wspominała? – oburzyła się.

– Przecież Ci tłumaczę, że zaprosiła mnie Ania – plątałem się w zeznaniach.

– Coś kręcisz synku, ale niech ci będzie – powiedziała już spokojniej.

– Odezwijcie się do mnie, jak zajedziecie – poprosiłem, wychodząc – i nie dzwoń proszę do Jabłońskich… Sam to załatwię – zwróciłem się do Jadzi, która dla odmiany miała na ustach dziwny uśmieszek.

– Obiecuję, że nie zadzwonię… przed świętami. Ale w wigilię zechcę złożyć świąteczne życzenia Jabłońskim i zapytam, czy przypadkiem nie siedzisz sam w lesie. Pilnuj się! – pogroziła mi palcem.

– No to pięknie – rozmyślałem, schodząc po schodach – jak się nie umie kłamać, to lepiej w ogóle się nie odzywać.

***

Ania nie dawała znaku życia od dnia, w którym powiedziałem jej o parę gorzkich słów za dużo. Zemściła się jednak okrutnie. Tego samego dnia, pod wieczór, do leśniczówki zawitała pani Stefcia z podręcznym zestawem znachorskim i mimo protestów z mojej strony, dokonała diagnozy i postawiła mi bańki. Odżył koszmar z dzieciństwa. Nie pozwoliłem dziadkowi, nie pozwoliłem matce… Stefania Jabłońska nie pytała.

Przyjeżdżała potem codziennie, przez długie dziesięć dni, doglądając w chorobie. Anka przywoziła ją i zabierała o określonych porach, ale do domu nie wchodziła. Pani Stefcia przyglądała mi się spod oka, o nic nie pytając. Byłem jej wdzięczny, ale straciłem czujność i popełniłem jeden błąd. Zbyt późno poprosiłem, żeby nie powiadamiała Jadzi, że złapałem grypę i zaczęło się… Oprócz szczebiotania pani Stefci, musiałem wysłuchiwać przez telefon monologów Jadzi. Biedny Stach słono za wszystko płacił.

Żeby zapomnieć o mojej słabości do Anki, zająłem się pracą. Na dworze królowała zima. Rozpoczął się czas intensywnego palenia w piecach i odśnieżania. Wróciłem też do dawno zapomnianej pasji czytania książek, gazet i magazynów filmowych. W telewizji śledziłem do późnych godzin nocnych programy o podobnej tematyce. W dzień słuchałem radiowych debat i wiadomości ze świata. Nic nie mogło jednak zagłuszyć moich uczuć. Za każdym razem, gdy przejeżdżałem obok domu Jabłońskich lub gdy z daleka zamajaczyła mi szczupła sylwetka Anki, drżały mi ręce. – Mięczak – karciłem się w myślach i odwracałem głowę.

Czy chciałem czy nie, należało przygotować się do świąt. Nigdy się tym tematem specjalnie nie przejmowałem. Jadzia rzucała się w wir gotowania, pozostawiając mi większe prace porządkowe i ubieranie choinki. W mieście była sztuczna, bo Jadzia nie tolerowała złośliwości żywego drzewka, które gubiło igły szybciej niż należało. W leśniczówce u dziadka nie było mowy o sztucznym drzewie. Tu święta pachniały lasem i suszonymi grzybami. W tym roku musi wystarczyć drzewko – popatrzyłem na nieco przedwcześnie zakupioną choinkę, którą ustawiłem w pokoju gościnnym. Zgodnie z tradycją, powinienem zacząć ją ubierać w Wigilię, ale skoro święta w tym roku nie będą takie jak zwykle, po co czekać? Wyciągnąłem ze stryszku stare ozdoby i obwiesiłem nimi zielony krzak. Pokój od razu nabrał świątecznego charakteru. Czas uciekał, a ja znowu byłem zupełnie sam.

 

Ania

 – Dzwoniła Jadzia – mama usiadła naprzeciw mnie przy stole, próbując nawiązać rozmowę. Za oknem od tygodnia leżał śnieg i milowymi krokami zbliżały się święta, a ja od czasu pamiętnego listopadowego wieczoru przestałam udawać, że cokolwiek mnie obchodzi.

– Jak było w Egipcie? – zapytałam mechanicznie, wywołując na twarzy mamy grymas niepokoju. Spojrzała ze zgrozą na dziadka, który mimiką twarzy upomniał synową, by dała spokój. – Z Egiptu to oni już dawno wrócili – chrząknęła. – Zadowoleni wrócili oboje, opaleni – tłumaczyła – a na święta wyjeżdżają do Zakopanego, właściwie na Wigilię i Jadzia, a właściwie to ja… my… – bezradnie spojrzała na dziadka, szukając wsparcia – jednym słowem trzeba zadzwonić do… Michała. Nie może być sam na Wigilię. – Zamilkła, czekając na moją reakcję. Dziadek schował twarz w rozłożonej gazecie, ale wyraźnie nasłuchiwał.

 – To zadzwoń – odpowiedziałam, spokojnie dopijając herbatę. Spokojnie tylko z pozoru.

  – Nie mam numeru – wyjaśniła. – Zapomniałam Jadzi zapytać i dlatego pomyślałam, że może…

 – Proszę – położyłam na stole moją komórkę. – Wystarczy nacisnąć ten zielony przycisk – wskazałam palcem, bez grama emocji. Mama chrząknęła głośno i po dobrej chwili ciszy sięgnęła po telefon. Patrzyłam w okno zasnute szarą mgiełką wieczoru. Stłumione „słucham” biegnące z oddali poruszyło we mnie bolesną strunę, której sama nie miałam odwagi dotknąć.

Michał

Z zamyślenia wyrwał mnie znajomy sygnał komórki. Anka?

– Słucham – odebrałem z nadzieją.

– Michał? – dźwięczny szczebiot pani Stefci zadźwięczał mi w uchu.

– Tak, słucham – głos skojarzył mi się natychmiast z zapachem płonącego na waciku denaturatu i nieprzyjemnym doznaniu zasysania skóry przez szklaną pijawkę. Niewdzięcznik – skarciłem się w myślach.

– Dzwonię z komórki Ani – wyjaśniła – przed chwilą rozmawiałam z Jadzią i przyznała się, że wyjeżdża. Na Wigilię przyjdziesz do nas – przeszła od razu do rzeczy.

– Bardzo dziękuję, ale… – próbowałem wymyślić jakiś wykręt.

– Żadne ale – ucięła – w Wigilię nikt nie powinien być sam. – Wyślę po ciebie Sebastiana.

– Nie trzeba. Przyjdę sam – skapitulowałem. Mam wypatrywać pierwszej gwiazdki?

– Wypatruj! – zaśmiała się głośno – do kolacji usiądziemy między siódmą a ósmą, jak przyjdziesz wcześniej, też będzie dobrze i nie muszę ci chyba przypominać, że traktuję cię jak syna? Spróbuj nie przyjść! – zagroziła. Czekamy. Do widzenia, Michałku.

– Do widzenia – zaśmiałem się. – Będę.

Gdzie diabeł nie może, tam Jadzię pośle zamruczałem pod nosem, wybierając numer Rudzikowej.

– Halo? – odebrał Stach.

– Dobry wieczór, Staszku – od ślubu byliśmy po imieniu. – Muszę pogadać z Jadzią.

– Eeee – zawiesił głos – nie ma jej. Wyszła… do… sklepu –  kłamał równie dobrze jak ja.

– Niech zgadnę – powiedziałem do Stacha – twoja połowica stoi w bezpiecznej odległości od telefonu, robi głupie miny, wymachuje rękami i szeptem, żebym nie usłyszał mówi, że jej nie ma, nie było i nie będzie… Mam rację?

– Jakbyś przy tym był – zachichotał do słuchawki.

– Przekaż jej, że się z nią policzę po powrocie. Mam dobrą pamięć.

– Przekażę – chrząknął z powagą – jak tylko wróci, oczywiście – dodał po chwili.

– Kiedy wyjeżdżacie?

– Jutro w południe, mam nadzieję. Dam ci znać, jak dotrzemy na miejsce.

– W takim razie udanych świąt. Bawcie się dobrze.

 – I tobie również. Trzymaj się. Do widzenia.

Popatrzyłem na Rudą, zajętą huśtaniem łapą bombki na choince. – Dobrze, że nie masz moich problemów. Usiadłem na podłodze. Ruda, nie zwracając na mnie uwagi, atakowała teraz gałązkę, próbując zerwać z niej szeleszczący łańcuch. Wigilia już pojutrze. Zobaczę ją. Siądziemy razem do stołu. Przełamiemy się opłatkiem. Wymienimy świąteczne uprzejmości. To wszystko, na co mogę liczyć – myślałem. Moja gwiazda skryła się za chmurą i nie chce dla mnie świecić. To będą najgorsze święta w moim życiu. Oby minęły jak najszybciej.

Ania   

 – Będę ci do czegoś potrzebna? – zapytałam, chowając telefon do kieszeni spodni. Mama przecząco pokręciła głową. – W takim razie pójdę do siebie – powiedziałam, wstając z krzesła. Opłukałam pod kranem szklankę i skierowałam kroki do pokoju.

  – Aniu – zatrzymał mnie dziadek – a miałabyś czas pokazać mi ten cały Internet? – dziadek odłożył gazetę na stół i zdjął okulary.

 – Pewnie – uśmiechnęłam się. – Przyjdź za chwilkę. Włączę tylko komputer.

Wyszłam z kuchni, w której wciąż trwała niezmącona cisza. Pewnie mama i dziadek patrzyli na siebie bez słowa, zastanawiając się, co zrobić, by wzniecić we mnie chociaż cień uśmiechu. Musiałam przyznać, że byli bardzo dzielni. Z trudem wytrzymywałam sama z sobą i szczerze współczułam moim bliskim, którzy bez słowa skargi znosili mnie i moją apatię.

Włączyłam komputer. Nie był to już sprzęt pierwszej młodości i potrzebował czasu, by się rozgrzać. Złożyłam ciepły pled i ułożyłam starannie kolekcję poduszek. Nie chciałam myśleć o tym, co dzieje się ze mną i wokół mnie. Po powrocie z pracy, jeśli mama nie potrzebowała mojej pomocy w domowych porządkach czy sprawunkach, zamykałam się w swoim pokoju i czytałam przez wiele godzin, dopóki oczy nie odmówiły posłuszeństwa. Brałam wtedy szybki, gorący prysznic, kładłam się i zasypiałam, rozpamiętując w myślach przeczytane historie. Znienawidzony zapach skórzanych foteli oddalał się. Zdarzało się nawet, że nie powracał. Śniłam gotowe scenariusze filmów akcji, brałam udział w wojennych potyczkach, a nawet rozwiązywałam zagadki kryminalne. Wszystko dlatego, że w długie jesienno-zimowe wieczory czytałam głównie kryminały i thrillery.

Biblioteka po wykonanej na czas inwentaryzacji przeszła w ręce nowej bibliotekarki, ale tylko… etatowo. Pani Aleksandra pobierała pensję, a ja nadal udostępniałam księgozbiór. Nie protestowałam. Po raz pierwszy złośliwość dyrektora, stała się dla mnie lepszym złem. Po zajęciach i wykonaniu dodatkowych prac bibliotecznych pakowałam do reklamówki solidny zapas książek i tak zaopatrzona jechałam do domu.

Zrezygnowałam ze spacerów i pieszych wędrówek przez las. Nie mogłam pozwolić, by do mojej głowy wkradł się choćby cień wspomnień, zwłaszcza tych najświeższych. Myśl, że zobaczę go w naszym domu na Wigilię, była jednocześnie piękna i przerażająca. Czy przełamie się ze mną opłatkiem? Pewnie tak. Ale czy wybaczy?

***

– Mogę? – Do pokoju zajrzał dziadek.

 – Wejdź, proszę. – Odłożyłam na półkę książkę i wspomnienia, które wywołała.

   – O tej akcji „Cezary” byś poszukała – usiadł przy komputerze. – O tej, co Bronek mówił.

  – Tak, pamiętam – wpisałam w wyszukiwarkę odpowiednią frazę. Wiedziałam, że dziadek celowo wypełnia mi czas i byłam mu za to wdzięczna. – Trochę tego jest – spojrzałam na ekran. – Może to – otworzyłam pierwszą w kolejności stronę. Dziadek nachylił się do ekranu, ale szybko zrezygnował.

– Przecież tu nic nie widać! – zdenerwował się. – Litery się rozmazują i świeci w oczy jak na przesłuchaniu.

– Może przeczytam ci głośno?

 – Niech będzie – był wyraźnie rozeźlony. – Wolałbym sam, jak gazetę przeczytać.

 – Zaraz będzie gazeta – włączyłam drukarkę. – Przekleję, zwiększę czcionkę i sobie poczytasz na spokojnie.

 – A, to już lepiej! – ucieszył się. – Ale przeczytać kawałek nie zaszkodzi. Może drukować nie warto.

Akcja „Cezary” była jedną z największych operacji komunistycznego aparatu bezpieczeństwa w latach 1948–1952 – przeczytałam.

– Mhh – dziadek słuchał uważnie, i skinieniem głowy kazał czytać dalej.

 – Wymierzona była w resztki struktur konspiracyjnych w Polsce. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego upozorowało istnienie konspiracyjnej organizacji niepodległościowej WiN, by przez to dotrzeć do osób wciąż pozostających w ukryciu i przejąć nad nimi kontrolę. Dziadek słuchał z kwaśną miną.

 – Jakoś tak naukowo bardzo – sapnął – jakby prościej nie można było. – A nazwiska jakieś tam są? Pseudonimy może? – Spojrzałam na tekst. Owszem były i to nawet takie, które znałam.

Przejęcie archiwów WiN pozwoliło M B P na wgląd do największych tajemnic konspiracji. Nieuchwytny pozostał w tym czasie jedynie „samodzielny” i „niezależny” P. Lenartowicz „Butny”, działający w niedostępnych kompleksach Puszczy Solskiej  – spojrzałam na dziadka, który słuchał teraz bardzo uważnie. – „Butny” postanowił współdziałać przy odbudowie rozbitej aresztowaniami organizacji, o czym poinformował Zachód przebywający w Polsce kurier Delegatury Zagranicznej WiN. Nikt nie podejrzewał wówczas, że UB, wykorzystując zamieszanie i dezinformację wywołaną aresztowaniami, wprowadza w życie plan o kryptonimie „Cezary”, którego pomysłodawcą i głównodowodzącym był S. Grabarczyk ps.„Grabarz”, niezłomny prześladowca polskiego podziemia antykomunistycznego w Polsce. Na terenie Puszczy Solskiej jego głównym celem było doprowadzenie do ujęcia „Butnego”, który konsekwentnie wodził za nos cały aparat bezpieczeństwa. W ramach działań wobec środowisk niepodległościowych w kraju bardzo pieczołowicie przygotowano kilkadziesiąt „rozpracowań cząstkowych”, pod różnymi kryptonimami. Operacji przeciwko „Butnemu” nadano kryptonim „Puszcza” i doprowadzono do jej pełnego sukcesu. „ Butny” w lutym 1951 roku zginął w zasadzce UB, rozstrzelany na kładce koło szkoły w miejscowości Nowiny.

   – Wydrukuj, wydrukuj – dziadek dziwnie zadowolony oparł dłonie na lasce. – Nie wiesz czasem, gdzie schowałem kartkę z telefonem do Bronka?

 – Pewnie jest w twojej kurtce.  

 – Idę poszukać – wstał dziarsko z krzesła. – A potem przynieś mi to do pokoju, to sobie jeszcze raz na spokojnie przeczytam – wskazał na krztuszącą się drukarkę, która z racji wieku zbliżonego do komputera, skrzypiała, zgrzytała, w żółwim tempie wypluwając na papier czarne rzędy liter.

Czekając, kliknęłam na link z uroczystości pogrzebowych Grabarczyka, które odbyły się parę lat temu we Wrocławiu. Pokazały się zdjęcia. W pewnej chwili zamarłam. Na jednym ze zdjęć zobaczyłam Mirka. Stał zwrócony profilem do drugiego mężczyzny, który także wydał mi się znajomy. Nerwowo nacisnęłam myszkę, by powiększenie było maksymalne. Nie myliłam się. Przy świeżo zasłanym wieńcami grobie, stał Mirek. Obok niego, nie kto inny, jak Marcin Korczyński. W oddali mignął także profil Weroniki i senatora Mazura. Oni mieli obowiązek uczestniczyć w uroczystości. Weronika, była córką Grabarczyka, Marcin, syn jego przybranej córki Magdy, przyszywanym wnukiem, ale co u licha robił wśród nich mój „były” mąż, Mirosław Zakrzewski?

 Aby udowodnić sobie, że nie mam omamów, zmusiłam drukarkę do wyplucia kolejnego zdjęcia. Nie było wątpliwości. To był Mirek. Jedynym logicznym wyjaśnieniem na to, że zatwardziały ateista uczestniczy w uroczystościach pogrzebowych, były interesy i to dużego kalibru. Mirek nie zaprzątał sobie głowy byle czym. Jeśli już decydował się publicznie zrezygnować ze swoich poglądów, które wygłaszał wszem i wobec z dumą i zacietrzewieniem, musiało chodzić o duże pieniądze.

 Moje rozmyślania przerwał sygnał komórki. Serce zabiło mi mocniej. Może to Michał? Numer nieznany. – Słucham? – w telefonie coś jakby westchnęło. – Słucham, kto mówi? – powtórzyłam, a sekundy upływały w przerywanej czyimś oddechem ciszy. – Halo! – Połączenie zostało przerwane. Pewnie pomyłka.

 Weszłam do pokoju dziadka i położyłam na stole wydrukowane informacje na temat akcji „Cezary”. Dziadek wyszedł na podwórko. Widziałam przez okno, jak rozmawia z sąsiadem. Znalazł numer telefonu do pana Bronka. Poznałam wyrwaną z notesu kartkę, na której kolega dziadka pospiesznie postawił rząd liter, wysiadając z auta w świąteczny, listopadowy dzień. Leżała obok gazety przytłoczona okularami. Dziadek najwidoczniej planował odnowić stare znajomości.

***

Wróciłam do pokoju w chwili gdy moja komórka, dzwoniąc i podrygując, przesuwała się po stole.

– Słucham! – Jeśli to ten żartowniś ze zduszonym oddechem, nie będę już taka miła.

– Halo? To ty, Aniu? – Poznałam dochodzący z oddali głos pani Janiny.

– Tak, słucham.

– Aniu, mam dobre wiadomości – głos jej drżał. – Weronika wróciła do domu!

– To wspaniale. – Usiadłam na łóżku. – Jak ona się czuje? Wszystko dobrze?

– Zaraz do niej jadę. Marcin na mnie czeka przed domem.

– Marcin?

– Senator go przysłał. Rozumiesz… Chcą, żebym z nią porozmawiała. – zniżyła głos do szeptu. – Muszę już kończyć. Marcin wraca… – Odłożyła słuchawkę, zanim zdążyłam się pożegnać.

Weronika jest znowu w domu. Myśli rozbiegły się po głowie chaotycznym truchtem. Jest przy niej jej mama. Będzie dobrze – szeptałam zaklęcie. Gdy stukot serca wrócił do prawie normalnego rytmu, usiadłam w fotelu, okryłam nogi pledem i sięgnęłam po przerwany kryminał Agathy Christie. Wypracowany z takim trudem dystans do różnych ostatnich problemów prysł jak mydlana bańka i mimo usilnych starań nie mogłam skupić uwagi na czytaniu. Odłożyłam pled i książkę.

– „Czy gwiazdy świecą tylko po to, aby każdy mógł znaleźć swoją?” –  pomyślałam, wpatrzona w jasny punkt świecący nad leśniczówką. Grudniowe niebo wisiało nad lasem zamglone i zagadkowe. – Może świąteczny czas pozwoli nam zapomnieć o tym, co bolesne.

 

ROZDZIAŁ 2

Ania

Mama, jak co roku, nie dała się zwariować. Przedświąteczne porządki były już dawno zrobione, bez krzyków, ponaglania i nerwowej atmosfery. Kuchnia od wielu dni rozkwitała barwną symfonią zapachów wydobywających się z garnków, prodiża i chlebowego pieca. Stefania Jabłońska z iście żołnierską konsekwencją realizowała przedświąteczny plan zajęć, nie zaniedbując codziennych obowiązków. Dziadek pokornie łykał tabletki, pił ziółka i zjadał owsiankę, pielęgnując nadzieję o rychłej dyspensie. Zdarzała się ona trzy razy w roku, na każdą czekał z niecierpliwością: na Boże Narodzenie, Wszystkich Świętych i Wielkanoc.

 – A tatuś dokąd się wybiera? – zapytała mama, przerywając wyrabianie ciasta na pierogi. Zerknęłam zaciekawiona. Dziadek wystrojony stał w korytarzu.

– Na spacer sobie idę – odchrząknął. – A co, nie wolno?

– A gdzie na ten spacer, jeśli wolno spytać? – Mama patrzyła na dziadka podejrzliwie.

– Do lasu. A gdzieżby? – zdenerwował się. – A czy to ja małe dziecko jestem, żeby mnie tak wypytywać? Pójdę to i wrócę przecież! – Naciągnął na uszy podarowaną mu przez mamę czapkę-uszatkę.

– Żebym tylko nie musiała tatusia w Wigilię po puszczy szukać! – krzyczała za nim, chociaż dziadek nie słuchał. Niechcący trzasnął drzwiami, ale natychmiast cofnął się, przeprosił i wyszedł, zamykając je delikatnie. Następnie dziarskim krokiem przemaszerował pod oknem, kierując się na jedną z leśnych ścieżek, zasypaną skrzącym się śniegiem.

– Mróz taki i śnieg po pas – komentowała mama, z uwagą obserwując teścia zza firanki. – Martwię się tylko – spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Przecież nic nie mówię – starannie mieszałam pachnące jesiennym lasem grzybowe nadzienie do uszek.

– I mówić nie musisz. Tylko na ciebie spojrzę i od razu wiem, co ci po głowie chodzi – wróciła do zagniatania ciasta. Lśniący, mączny wałek był już gotowy i niczym biała, elastyczna plastelina zachęcał do wyczarowania z niej różnych pysznych małych cudów.

– A co mi chodzi? – sprowokowałam. Wiedziałam, że w Wigilię nic mi nie grozi. Mama przestrzegała pilnie zasady, że w ten dzień, choćby nie wiem co, nie wolno się kłócić, bo wszelkie swary przeszłyby na cały nadchodzący rok. Mama popatrzyła na mnie uważnie.

– Myślisz o tym, jak to będzie, gdy Michał przyjdzie na Wigilię. – Spuściłam wzrok, bo miała rację. – Ale także o tym – ciągnęła – że Sebastian może spokojnie przyjechać do domu i nie powiem mu złego słowa, chociaż słusznie mu się należy. – Uśmiechnęłam się. Znowu zgadła. – Myślisz też o kimś, kogo być może zbyt pochopnie oceniłam – usiadła przy stole zamyślona. – Powiedz, jak ona się czuje?

– Kto, mamo?

– Weronika – wbiła we mnie wzrok.

– Tego tak do końca nie wiem – przyznałam.

– Halinka mówiła…

– Mamo, proszę cię – skoczyło mi ciśnienie.

– …że senator przywiózł ją na święta do domu – dokończyła. – Podobno…

– Mamo, jeśli nie chcesz się ze mną pokłócić, proszę, nie opowiadaj mi wyssanych z palca nowinek Brożyńcowej!

– Ale ja z życzliwości pytam – obruszyła się – i to ciebie, a nie Halinkę. Chcę wiedzieć, co naprawdę się stało tamtego wieczoru, kiedy od nas wyszła. Bo rzeczywiście, jak się nad tym głębiej zastanowić, coś tu nie gra – zamyśliła się.

– Nie gra i to mocno – wyjaśniłam.

– Powiedz mi, proszę, o co chodzi. Przysięgam, że nie pisnę słowa nikomu. – Patrzyła błagalnie. Zastanowiłam się. Może nie powinnam, ale w końcu, dlaczego miałam kryć tego damskiego boksera? Mama zawsze dotrzymywała słowa, więc usiadłam i opowiedziałam jej to, co wiedziałam. Mama patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach.

– Mój Boże! O Mój Boże… – siedziała jak struta.

– Wszystko będzie dobrze – pocieszyłam ją, tak jak uspokajałam własne myśli. – Pani Janina trzyma rękę na pulsie. – Mama bezgłośnie kiwała głową. – Poza tym, Weronika jest silna. Jeśli wytrzymała w szpitalu psychiatrycznym zupełnie sama, wytrzyma i teraz, gdy ma przy sobie matkę.

  Czasem tak trudno znaleźć wspólny język z bliskimi – posmutniała, i tym razem to ja wiedziałam, o kim myśli.

 – Mamo, może zaprosimy na Wigilię wuja Stefana?

 – Nie przyjdzie – westchnęła głośno. – Powie, że o suchym pysku do wieczerzy nie siada – skrzywiła się. – Nieraz chciałam się z nim pogodzić, zakopać wojenny topór. To w końcu mój brat, w dodatku bliźniak, ale nie chciał.

– To może ja spróbuję? – zaproponowałam. – Wujek zawsze mnie lubił.

 – Kiedy to było – zaśmiała się gorzko. – Wódka już mu pewnie dawno rozum wyżarła. Nie wiem, czy by cię w ogóle poznał.

– Ale Sebę by poznał? – uśmiechnęłam się na widok czarnego BMW, które zajechało na podwórko, rycząc na całą wieś hałaśliwą muzyką dochodzącą z podkręconych głośników.

  – A kto by go nie poznał – udawała obojętność, chociaż widziałam, jak oczy rozbłysły jej czułością na widok niedźwiedziej postury syna wysiadającego z auta.

– Pozwól mi spróbować. Seba mnie zawiezie.

– Mówisz poważnie? – zastanowiła się.

– Ubiorę się i pojedziemy – odwiązałam kwiecisty fartuszek w tej samej chwili, gdy do kuchni zajrzał nieśmiało Seba.

– Cześć wam, matko i siostro! – próbował żartować z dość niewyraźną miną.

– Cześć, braciszku – wciągnęłam go do środka. – Nie rozbieraj się. Pojedziemy do Brzezin.

– Niby po co? – szczerze się zdziwił.

– Zaprosić wujka na Wigilię – wyręczyła mnie mama, zawijając w papier śniadaniowy dwie dorodne makowe strucle.

– Jeszcze mi życie miłe! – zaprotestował. – Pamiętam, jak Stefanek, o mało nie wbił mi siekiery między żebra.

– Pijany był – mruknęła zawstydzona mama.

– A teraz to niby będzie trzeźwy?! – Sebastian miał wyraźną ochotę postukać się palcem w czoło.

– Nie histeryzuj – przejęłam inicjatywę. – Jak się boisz, to sama pójdę.

– Nie, kobieta nie powinna w ten dzień! – Mama na przekór wszystkiemu dbała o tradycję. – Wizyta kobiety w Wigilię pecha do gospodarstwa przynosi.

– Pod warunkiem, że z gospodarstwa cokolwiek zostało – skomentował Seba, rozglądając się po kuchni. Chłonął orgię zapachów wypełniających każdy zakątek domu. Łakomym spojrzeniem obrzucił przygotowane nadzienie i tężejącą na uboczu świąteczną galaretę. Wyglądał jak wygłodniały wilk, który za chwilę rzuci się na jedzenie.

– Sebastian niech pierwszy wejdzie – instruowała mama, nie przejmując się gadaniem syna.

– Tak. Pewnie – westchnął. – Po mnie nikt płakał nie będzie, jak mnie wujo, jakimś toporkiem przyświęci. Ale niech wam będzie – uniósł dłonie do góry – niech będzie.

– Ten dla Stefana zostawisz, nawet jakby nie chciał przyjść –podała mi dwa zawiniątka.

– A drugi?

– Dla pani Janiny – szepnęła – przecież po sąsiedzku mieszka. – I dla Weroniki ode mnie przekaż życzenia. Od nas wszystkich – dodała.

***

– Czy wyście obie na mózg upadły! – strofował mnie starszy brat, wjeżdżając na śródleśną drogę, mocno ośnieżoną, ale na szczęście przejezdną.

– To był mój pomysł – broniłam mamy.

– Stefan to psychopata – warczał oburzony. – Najwidoczniej masz krótką pamięć, skoro ciągnie cię do takich skurwieli. – Zabolało. Spojrzałam w okno, by nie widział, jak bardzo.

– Kurde… Ta moja niewyparzona twarz – sapnął, zatrzymując samochód. – Sorry, siostra… Wiesz, że tak nie myślę… – tłumaczył zmieszany.

– Wiem. Jedź dalej – poprosiłam. Nie umiałam się na niego złościć. W dzieciństwie, owszem, nie miał ze mną lekko. Pomimo mikroskopijnej sylwetki walczyłam jak mrówka z Goliatem i najczęściej osiągałam cel. Teraz czułam się winna, że prosząc o pomoc, niemal zniszczyłam mu życie. Sebastian nie wyglądał na słabeusza, ale w głębi duszy był kruchy i bezbronny. Tylko ja wiedziałam, gdzie skrywa swoją piętę Achillesa i wiedzą tą dzielić się nie zamierzałam. Zresztą, kto by mi uwierzył? Sebastian Jabłoński wyglądał na okaz zdrowia, siły fizycznej i chytrości. Zasłona dymna, którą z uporem tworzył, zamydliła oczy nawet przenikliwej matce.

– A jak tam Michał i jego koty? – zmienił temat, ruszając. – Żyje jeszcze? – Nie mógł wiedzieć, że wkroczył ponownie na grząski grunt.

– Będziesz miał okazję zapytać – nie tłumaczyłam niczego. – Mama zaprosiła go na Wigilię.

– Jadwiga wystawiła go do wiatru? – zdziwił się.

– Pojechała z panem Stachem do Zakopanego.

 – Takie buty! – gwizdnął pod nosem. – A Rawicz jak zwykle na cztery łapki, he he… Takiego żarcia, jak nasza Stefcia wyczarowuje, w żadnej chałupie nie znajdzie. – Na potwierdzenie tych słów głośno zaburczało mu w brzuchu.

***

Dom naszych dziadków, rodziców mamy, znajdował się w opłakanym stanie. Nie dostrzegłam tego, składając wieczorną wizytę pani Janinie. Teraz, w świetle dnia, widziałam jak na dłoni wystające spod śniegu kikuty płotu, zapadnięty dach stodoły, walający się wszędzie połamany eternit, powyginane płaty spękanej dykty, skrawki papy przybitej przerdzewiałymi gwoździami, spękania i szpary, przekrzywiony komin i ogólny nieład panujący na podwórzu. Uzbrojona w pięknie pachnący, świąteczny strudel stanęłam pod drzwiami domu. Sebastian, wykopując w dal podwórka zardzewiałą puszkę po piwie, stanął za mną, delikatnie przesunął i bez zbędnych formalności szarpnął przekrzywione drzwi, pakując się do środka pierwszy. Nie protestowałam.

– Halo, jest tu kto! – wrzasnął, zaczepiając głową o okazałą pajęczynę. – Halo!

Skradałam się za nim, z obrzydzeniem rozglądając się dokoła. To nie był dom, tylko nora, która obrastała brudem przez wszystkie lata od śmierci dziadków. Gdyby Sebastian postąpił z naszym rodzinnym domem tak, jak zrobił to wuj Stefan, nigdy w życiu nie zaprosiłabym go na Wigilię, nawet na łożu śmierci. Seba wyczytał to z mojej twarzy, powstrzymując się od powiedzenia: – A nie mówiłem! Obeszliśmy pozostałe pomieszczenia. Wuja nie było. Za to wszędzie potykaliśmy się o puste butelki, szmaty porzucone na podłodze i puszki po konserwach.

– Spadamy stąd! – Sebastian odsunął nogą butelkę po denaturacie. – Mów sobie, co chcesz, ale ja nie życzę sobie tego gościa w naszym domu… – Wyjątkowo się z nim zgadzałam. – I nie waż się zostawiać mu choćby okruszka ciasta – wyjął mi z rąk zawiniątko. – Zanim wróci, ktoś inny będzie miał prawdziwą ucztę – wskazał palcem na dorodną mysz, bez strachu wychylającą pysk z norki.

– Uff – odetchnęłam głęboko, gdy wyszliśmy na powietrze.

– Wampir z Brzezin załatwiony – otrzepał spodnie. – Gdzie teraz?

– Do sąsiadki – wskazałam dom Janiny Zawilcowej.

– A do niej po co? Spraszamy dziś na Wigilię całe Brzeziny?

– To długa historia – skierowałam kroki znajomą ścieżką.

– To opowiesz mi krótko, gdy będziemy wracać – zarządził. – Przestawię tylko auto bliżej drogi – pobiegł w kierunku swojego ukochanego cacka, które w przypływie czułości nazywał nie inaczej jak „Bemusia Sebusia”. Żadna kobieta nie miała na niego tak dobroczynnego wpływu, jak „Bemusia” właśnie. Cierpliwie czekałam, aż wróci. Mężczyzna tak rosły jak Sebastian mógł przynieść wiele szczęścia w progi tego domu, zwłaszcza w Wigilię. Dobra wróżba była czymś, co na pewno nie mogło zaszkodzić.

– Jestem – wręczył mi drugiego makowca. – Wchodzimy?

***

– Zapukałam, przepuszczając go przodem. W sieni pachniało sianem, suszonymi grzybami i miodową kutią. Widocznie pani Janina, podobnie jak mama, była solidnie przygotowana do rozpoczynających się dzisiejszego wieczoru świąt.

– Proszę! – Za kuchennymi drzwiami umilkły głosy. Pani Janina nie była najwidoczniej sama. Czujny kundelek, węsząc i poszczekując, przypadł do drzwi. Sebastian spojrzał na mnie niepewnie. Bał się psów, odkąd jeden wbił mu kiedyś zęby w siedzenie.

– Wchodź! – popchnęłam go. – On nie gryzie. – Sebastian, nie do końca przekonany, otworzył drzwi, a następnie tuż w progu wrósł w ziemię niczym kamień. Pies przypadł do jego nóg, groźnie powarkując.

– Dzień dobry – wychyliłam się zza brata. – Nie przeszkadzamy?

– Ależ skąd! – pani Janina uśmiechnęła się szeroko. – Ja to mam dzisiaj szczęście  – wzięła pod pachę wyrywającego się pieska – najpierw Tadzio, a teraz jego wnuki – zaśmiała się. Weszłam do kuchni, zmuszając Sebastiana do zrobienia kroku w przód. Udało się.

– Jak mnie tu znaleźliście? – Przy kuchennym stole siedział zadowolony dziadek, dopijając herbatę z cytryną.

– Nie mieliśmy pojęcia, że tu będziesz – zaśmiałam się. Wigilijny spacer dziadka miał jednak określony kierunek… – Mama przesyła dla pani i Weroniki najserdeczniejsze życzenia świąteczne – podałam jej dwa dorodne zawijańce.

  Dziękuję – wzruszyła się. – I wam wszystkiego, co najlepsze.

– To ja już, Janka, będę się zbierał. – Dziadek odsunął szklankę, wstając z krzesła.

– Mam nadzieję, Tadziu, że wpadniesz jeszcze kiedyś na pogawędkę – pani Zawilcowa mocowała się z czarnym kundelkiem, który powarkiwał i rwał się w kierunku obserwującego go w milczeniu Sebastiana.

– Teraz gdy już wszystko wiem… – chrząknął przeciągle – przyjdę – obiecał, wkładając płaszcz i uszankę. – Z Bogiem!

– Z Bogiem – odpowiedziała. Dziadek, osłaniając wnuka przed zawzięcie poszczekującym psem, wyszedł z kuchni.

– Wszystko w porządku? – Zostałam w kuchni. Pani Zawilcowa uspokoiła mnie wzrokiem. – Tak. Nie martw się. Dajemy radę…

– Jak się czuje Weronika?

– Nie miałyśmy zbyt wiele okazji do rozmowy. Obserwują nas na okrągło – westchnęła. – Jak nie Marcin to Jarek, jak nie on, to zięć się przysłuchuje, ale jestem z niej dumna – pokiwała głową z uznaniem. Moja krew! Nie trzeba jej było wiele tłumaczyć. Od razu zrozumiała, na czym polega ta gra.

– Powodzenia. – Podziękowała uśmiechem.

– Prosiła, żeby cię uściskać – spojrzała na psa – ale nie mam jak…

– Jeszcze będzie okazja. Proszę do mnie dzwonić, w każdej chwili.

– Chciałam osobiście ci o tym powiedzieć, ale czasu nie było, więc jak zobaczyłam tę kartkę od ciebie na stole, to sobie przypomniałam, że przecież zadzwonić mogę…

– Nie od razu się udało? – przypomniałam sobie pierwszy głuchy telefon.

– Od razu – zaprzeczyła. – Tylko nie odbierałaś długo, a przy Marcinie nie chciałam, rozumiesz… – Skinęłam głową.

– Wiele się dzieje ostatnio – wskazała okno i dziadka wsiadającego do „Bemusi”. – Jego ostatniego się spodziewałam u siebie w domu gościć, a jednak cuda się zdarzają. Skorzystałam z okazji, bo druga taka już mogła się nie powtórzyć i jak na świętej spowiedzi swoje grzechy wyznałam – łza zakręciła się w jej orzechowych, łagodnych oczach. Postawiła na ziemi psa, który z rozpędem wybiegł przez uchylone drzwi, by ujadać na Sebastiana.

– Myślę, że dziadkowi była ta rozmowa także bardzo potrzebna – zapewniłam. – Żyje wciąż tym wszystkim, co wydarzyło się w czasie wojny i zaraz po niej, ale my, choćbyśmy nie wiem jak się starali, nie zrozumiemy tego czasu tak, jak ludzie z pokolenia dziadka.

– To prawda. Mamy wspólną pamięć i to nas łączy. Ale i ciebie chwalił bardzo – podeszła do kuchni, wyciągnęła miseczkę z przygotowaną kutią, zapakowała i podała mi w dłonie. – Podziękuj mamie. A tu taka drobnostka ode mnie na wigilijny stół. Czym chata bogata, tym rada.

– Pachnie pięknie – przyjęłam upominek.

– Która to godzina? – spojrzała na zegarek. – 13.00! Za chwilę Jarek po mnie przyjedzie. Zaprosili mnie, a ja tak się cieszę, że będę blisko Weroniki. Dopiero teraz w pełni czuję, że mam młodszą córkę. Dzięki tobie, Aniu, nie jest mi już obojętna.

– Jestem pewna, że nigdy nie była pani obojętna – zapewniłam. – Do zobaczenia i Wesołych Świąt!

– Wesołych Świąt, Aniu. Wszystkiego dobrego…

***

Godziny dzielące mnie od spotkania z Michałem upływały nieubłaganie. Czułam niepokój pomieszany z nadzieją, że zdoła mi wybaczyć. Nie miałam na szczęście za dużo czasu na myślenie. Tata, jak co roku, wniósł do domu dorodne, pachnące lasem drzewko, które należało teraz pięknie przystroić. Zawsze robiłam to ja i Sebastian, który bez trudu sięgał do najwyższych partii choinki. Tylko ja wiedziałam, jak bardzo brakowało mi tego podczas długich siedmiu lat spędzonych w dostatnim, opływającym w pieniądze i luksusy, lecz pozbawionym duszy domu. Przez pierwsze lata małżeństwa wmawiałam sobie, że w ogóle mi to nie przeszkadza. Teraz gdy znałam prawdę, ze łzami w oczach przystrajałam ozdobami soczyście zielone gałązki choinki, w rozmarzeniu spoglądając w zimowe niebo, które usłane jasnymi punkcikami gwiazd odmierzało czas do wieczerzy.

 – Niedługo siadamy do stołu. – Mama w eleganckiej garsonce, delikatnym makijażu i gładko upiętych włosach wyglądała młodo i pięknie. Tato równie elegancki, w jasnym garniturze, gładko ogolony i pod krawatem, siedział w fotelu wsłuchany w kolędy płynące z radia. Obok niego dziadek, także w marynarce, wsparty na lasce, rozmyślał o czymś wpatrzony w oszronione okno. Sebastian z ponurą miną przechadzał się po pokoju, usiłując zagłuszyć dudniące głucho burczenie w brzuchu. Postanowił pościć cały dzień i słowa dotrzymał, ale jednocześnie, z godziny na godzinę, stawał się coraz bardziej rozdrażniony.

– Na co jeszcze czekamy? Rodzina w komplecie. Siadajmy – dopominał się.

– Michała wciąż nie ma – spojrzała na mnie zmartwiona. – Będziesz musiał po niego pojechać – zwróciła się do syna.

– A ten co? Papież?! – zdenerwował się. – Lektyki się spodziewa, czy może karocy? Jak słowo daję – zabrzęczał kluczykami od „Bemusi” – powiem mu dzisiaj do słuchu. – W tej samej chwili na podwórku zaszczekał Reks i ktoś zapukał do drzwi.

– To pewnie Michał – ucieszyła się mama, a mnie mocniej zabiło serce. – Idź po niego – spojrzała na syna – bo gotów wrócić do leśniczówki.

– Zna drogę – burknął Sebastian, niechętnie idąc w kierunku drzwi. – Właź! – przywitał kumpla, otwierając je z rozmachem. – Pieszczą się z tobą jak z jakimś królewiczem – komentował, obstawiając tyły, żeby nie dopuścić do kolejnego, przydługiego oczekiwania na posiłek.

– Chodź, dziecko, chodź…– słyszałam, jak mama zaprasza Michała do środka. – Zaraz siadamy do stołu. Czekamy już tylko na ciebie. Sebastian miał właśnie po ciebie jechać...

– Przepraszam – na dźwięk jego głosu serce zaczęło bić w piersiach jak oszalałe. Usiadłam na krawędzi fotela, obok dziadka, czując, że nogi mam z waty.

– Nie chciałem niczego opóźniać – Michał wyraźnie ociągał się z wejściem do pokoju. Rozumiałam go. Gdybym mogła teraz uciec i schować się gdzieś w mysiej dziurze, zrobiłabym to bez wahania.

– Już ja bym cię pogonił! – Seba swoim zwyczajem zdzielił go między łopatki, aż zadudniło. – Głodny jestem jak wilk. Siadajmy w końcu – zmusił go, by wszedł do pokoju.

– Dobry wieczór –  przywitał się, odnalazł mnie wzrokiem i natychmiast skierował spojrzenie w inną stronę.

– Dobry wieczór, Michale – dziadek wyciągnął rękę na powitanie. Michał uścisnął ją, podchodząc bliżej. Stał teraz dokładnie obok mnie.

– Cześć, Michał – wstałam i podałam mu dłoń, nie patrząc w oczy. Sebastian przyglądał mi się uważnie zza ramienia kumpla. Nie mógł wiedzieć, że zaprzyjaźniłam się z Rawiczem, a potem, nieoczekiwanie dla samej siebie, zwyczajnie w nim zakochałam…

– Cześć, Aniu – odwzajemnił uścisk. „A jeśli już się w tobie zakochałem?”zabrzmiało mi w uszach. „Nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia? Najmniejszego!”kłamałam…

– Witaj – ostatni w kolejce był tata, chyba równie głodny jak Sebastian. – Idź, pomóż mamie, to będzie szybciej. – Sebie nie trzeba było powtarzać dwa razy, niemal natychmiast zniknął w kuchni. – Stefciu! Zaczynajmy. Już czas.

– Idę już, idę! – zasapana, ale uśmiechnięta mama weszła do pokoju za Sebastianem, który z uwagą niósł ogromną wazę ze świątecznym barszczem. – Ostrożnie. Tak. Postaw. Tu, na środku. Uważaj! – instruowała. Biel świątecznego obrusu musiała zostać nieskalana.

 

Michał  

Pośród płonących świec delikatna wypukłość pod obrusem wskazywała miejsce, gdzie zgodnie z tradycją gospodyni położyła pachnące łąką sianko. Betlejemska stajenka, zdobiąca wigilijny stół i starannie wyciosane w miękkim drzewie postaci Maryi, Józefa i małego Jezuska, przypominały o tym, w jakim celu gromadzimy się tego wieczoru przy wspólnej wieczerzy…

Otoczyliśmy stół półkolem. – Aniu, zaczynamy – pani Stefania zwróciła się do córki, podając jej Pismo Święte. Anka wzięła księgę i otworzyła na stronie zaznaczonej wstążeczką. Umilkliśmy, wsłuchując się w słowa Ewangelii:

I stało się w owe dni, że wyszedł dekret cesarza Augusta, aby spisano cały świat…– przeczytała drżącym ze wzruszenia głosem. – I porodziła syna swego pierworodnego i owinęła go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie

Pani Stefcia otarła kącik oczu. Pachniała choinka. Drżały delikatnie płomyki zapalonych świec. Gdy skończyła, dziadek mocnym głosem zaczął kolędę.  Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj z Betlejem, wesoła nowina… – zaśpiewaliśmy wspólnie gromkim głosem. Potem modlitwa. Wspomnienie bliskich, którzy odeszli. Opłatek. Magia tych świąt zawładnęła mną jak w dzieciństwie.

– Wszystkiego najlepszego – Anka podeszła do mnie nieśmiało, gdy wymieniłem życzenia ze wszystkimi domownikami, oprócz niej.

– Wesołych świąt, Aniu – przełamałem się z nią opłatkiem i pocałowałem w rękę. W oczach zabłysły jej łzy.

– Michał. Przepraszam – szepnęła – Wybacz mi, proszę.

– Ty też mi wybacz – pogładziłem jej dłoń. Uśmiechnęła się do mnie ciepło.

– Siadamy do stołu    zawołała wesoło pani Stefcia, rozlewając do przygotowanych talerzy pachnący barszcz.

– Usiądź obok mnie – Anka wskazała mi krzesło.– Siadaj mamo, ja się tym zajmę – zastąpiła ją przy rozlewaniu barszczu.

– Rewelacja – mruczał Sebek – wcinając barszcz z uszkami w zawrotnym tempie.

– Zostaw sobie trochę miejsca na resztę – zaśmiał się dziadek Tadeusz, szturchając go laską.

– Nie ma obaw, dziadek. Dam radę! – skwitował uwagę, nakładając na drugi talerz, stos pierogów z kapustą i grzybami. – Cały dzień pościłem, jak jakiś mnich – rozglądał się po stole w poszukiwaniu ulubionych dań – to teraz sobie pojem! – przysunął bliżej półmisek z rybą i śledziową sałatkę.

– Jak tam, barszczyk, Michałku? – zapytała pani Stefcia. – Nie za ostry czasem?

– Nic podobnego. Świetny! – pochwaliłem szczerze.

– Aniu, dołóż Michałowi uszek – nakazała – grzybów tyle przyniósł jesienią, teraz niech je, na zdrowie. Anka nachyliła się do mnie, wrzucając na talerz dokładkę. Chciałem protestować, ale to, że przez moment była bliżej mnie zdecydowało, że przestałem się wzbraniać. Zapomniałem na dobre o wątpliwościach, które targały mną jeszcze niedawno.

Pozwoliłem, żeby zadziałały świąteczne czary. Troski odpłynęły. Ona była obok i zrozumiałem, że tego właśnie pragnąłem. Wszystko inne nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia. Rozmawiałem, śmiałem się i śpiewałem kolędy. Próbowałem wszystkich potraw po kolei. Przekomarzałem się z Sebkiem. Słuchałem wspominek dziadka a jednocześnie, z precyzją, która mnie samego zadziwiała, rejestrowałem w pamięci każdy jej gest, uśmiech, ruch, spojrzenie.

– Pojedziesz z nami na Pasterkę? – zapytała, podając mi filiżankę kawy. Na stół wjechało świąteczne ciasto. Sebek leczył niestrawność na kanapie obok.

– Na mnie nie liczcie – sapnął.

– I tak łakomstwo zostało ukarane – zaśmiał się dziadek.

– Amen – jęknął potulnie Sebek – Anka, zaparz mi jakieś zioło, bo umrę!

– Już zaparzyłam – przyniosła kubek z miętą. – Pij, póki gorące. Sebastian podniósł się ze zbolałym wyrazem twarzy i wziął w dłonie ogromny kubek. – Pojedziesz? – Zapytała mnie ponownie.

– Z tobą wszędzie – zgodziłem się.

– Jeśli chcemy zdążyć, trzeba powoli się zbierać– ocenił Maciej, przysiadając się do kawy. W święta miał najwidoczniej dyspensę.

– To ja w takim razie idę się chwilę zdrzemnąć – podniósł się dziadek – obejrzę sobie transmisję w telewizji. Z Watykanu – szturchnął Sebka końcem laski.

– Dziadek, no… – obruszył się, siorbiąc miętę – bo wyleję.

– I coś narobił, obżartuchu! – załamała ręce pani Stefcia – zamiast świętować, będziesz leżeć jak kłoda drewna – przejęła się losem pierworodnego.

– Nalej mu kieliszek żołądkowej – poradził na odchodnym dziadek – zaraz mu przejdzie.

 – Wódka w Wigilię! – oburzyła się – tego jeszcze u nas nie było, jak żyję. – Sebek  na przemian bladł i zieleniał, w końcu zerwał się na równe nogi i pobiegł do łazienki. – Skaranie Boskie z tym chłopakiem – biadoliła – nie zostawię go tak przecież. Jedźcie beze mnie. Już pora.

 – To i ja zostanę – westchnął Maciej.

– Jestem gotowa – uśmiechnęła się – mamy piętnaście minut.

 

 

ROZDZIAŁ 3

Ania

– Dziadku, zaczekaj! – Wybiegłam z domu, wiążąc w biegu szalik. – Idę z tobą. Nie będę ci przeszkadzać?

 – Niby w czym? – zaśmiał się. – W spacerze po lesie?

– Może idziesz w gości do pani Janiny, a ja jak ten ogon za tobą…

– Janina w gościach u zięcia senatora…  Wiesz przecież. – Skinęłam głową. – A ja od tych smakołyków Stefci wprost ruszyć się nie mogę. Cały rok mnie ziółkami poi, więc przywykłem i powiem ci w tajemnicy, że ta świąteczna rozpusta dobrze na organizm nie działa. Łakomy człowiek wszystkiego chce popróbować, jak za młodych lat, a tu niespodzianka… Ale nic mamie nie mów, bo jak nic dyspensę zlikwiduje – spojrzał w okno.

  – Nie powiem – obiecałam. – Mama zresztą ma zajęcie – mrugnęłam do dziadka.

 – Tak – zaśmiał się. – Sebastian wygląda jak siedem nieszczęść. Chłopisko z niego jak dąb, Maćka krew. Jakby chciał, to jedną ręką w ziemię człowieka wbije, a żołądek słabieńki.

Rozmawiając, weszliśmy do lasu. Śnieg skrzył się w słońcu jak najszczersze złoto. Ciężkie od zimowej pierzyny gałęzie drzew spały spokojnie otulone ciszą. Mróz przyjemnie szczypał w nos. Szłam obok dziadka cudownie zrelaksowana, beztroska i po raz pierwszy od wielu lat zadowolona z życia.

 – Widzę, że z Michałem już wszystko dobrze. – zagaił od niechcenia.

– Lepiej być nie może – przyznałam.

– Oj, zazdroszczę ja wam, zazdroszczę – westchnął. – Młodzi, piękni, zakochani… – Nie zaprzeczyłam.

– Nie przypuszczałam, że jeszcze kiedyś będę umiała kogoś pokochać – uśmiechnęłam się do swoich myśli – a jednak…

 – Serce nie sługa – przyznał. – Ja też po śmierci Helusi nie przypuszczałem, że moje stare serce zatęskni kiedyś do kochania… – Zatrzymałam się, nie wierząc własnym uszom.

– Chcesz powiedzieć, że…

  – Nie zdradzisz mnie w domu? – uśmiechnął się. – Powiedzą, że zwariowałem na stare lata i zacznie się gadanie! – skrzywił się.

 – Nie zdradzę – zapewniłam. – Dziadek uśmiechnął się pod nosem. Niebieskie oczy zaszły mgłą rozmarzenia, jak u nastolatka. Ale numer!

 – „Jagoda” – westchnął. – Kochali się w niej chyba wszyscy partyzanci, bez wyjątku: żonaci, kawalerowie, gołowąsy i stare dziadki. Piękna z niej była kobieta, postawna, a i teraz niczego jej nie brakuje – chrząknął.

– O kim mówisz?

 – Nie domyślasz się? – odpowiedział pytaniem.

 – Pani Janina… – spojrzałam na dziadka podejrzliwie. – Ale przecież, jeszcze niedawno mówiłeś, że…

– Takie tam gadanie! – rozzłościł się. – Nie wiedziałem wtedy, jak było naprawdę, a teraz już wiem. I jest to także twoja zasługa, Aniu.

– Moja? – szczerze się zdziwiłam.

– I Bronka – dodał po chwili. – On wspomniał o tym całym Internecie, a ty znalazłaś informacje, które bardzo mnie poruszyły. Spać w nocy nie mogłem. Ożyły wspomnienia i zły byłem na siebie, że przez tyle lat nie pozwoliłem jej niczego wytłumaczyć. Winiłem ją za wszystko: za zdradę, śmierć przyjaciela i życie pod jednym dachem z ubeckim śmieciem, którym był „Grabarz”. Gardziłem nią, a to bardzo nie po chrześcijańsku – zasępił się. – Dlatego wczoraj podjąłem decyzję i poszedłem ją odwiedzić. Dobrze zrobiłem.

– Pani Janina wspomniała mi wczoraj o spowiedzi, którą odbyła…

 – Tak to nazwała? Może i słusznie, chociaż żaden ze mnie ksiądz, żeby ludzkich grzechów słuchać. Mówiła coś jeszcze? – Zaprzeczyłam.– Wycierpiała wiele w życiu – przyznał. – Jak my wszyscy… Całe nasze pokolenie. Coraz mniej nas na świecie. Odchodzimy, przemijamy z wiatrem. Najwyższy czas przestać rozdrapywać stare rany i cieszyć się tym, co dzisiaj, teraz, tu…

– Idziemy dalej czy wracamy? – Z nieba posypały się delikatne płatki, które opadając, wirowały lekko wśród drzew. Rozmawiając, uszliśmy dość daleko w las. Za zakrętem ścieżka opadała w kierunku mojej samotni, teraz niewidocznej pod grubą warstwą śniegu.

– Wracamy – zdecydował. – Przewietrzyłem się trochę i mogę spokojnie wracać do stołu. Dzisiaj jak nic pojem świątecznych wypieków Stefci, a może nawet kieliszeczek żołądkowej z Maćkiem wychylimy.

– Sama mam ochotę na kieliszek dobrej wódki – przyznałam, na co dziadek zaśmiał się na cały las. – Opowiesz mi trochę – wróciłam do naszej rozmowy –  czy to raczej tajemnica i zmieniamy temat?

 – Janka chyba dużo wie o tobie? – spojrzał uważnie.

– Domyśliła się – przyznałam.

– Jak ktoś sam przeszedł twardą szkołę życia, to takich jak on rozpoznaje z daleka. Opowiem ci – zdecydował. – Janka była w czasie wojny łączniczką w naszym oddziale AK. Miała pseudonim „Jagoda” i jak wspominałem, kochali się w niej wszyscy na zabój, ale ona kochała tylko Janka „Perełkę”, swojego ślubnego. Po wojnie „ Perełka”, ja i wielu innych chłopaków wróciliśmy do lasu. Nowy okupant, nie podobał się nam równie mocno jak stary i nie mieliśmy zamiaru chować broni. Mieliśmy szczęście walczyć pod dowództwem  „Butnego”, który grał tym ubeckim fujarom na nosie – zaśmiał się. – „Perełka” zabronił jednak Jance wrócić do lasu. Mieszkała w Brzezinach, w tym samym domu, w którym mieszka teraz. Spodziewali się dziecka i „Perełka” nie posiadał się z radości. W Jance jednak wrzała krew konspiracyjna. Nie chciała zrezygnować z walki i w tajemnicy przed mężem nawiązała kontakt z kierownictwem V Komendy Zrzeszenia WiN, nie mając pojęcia, jak my wszyscy, że bezpieka rozpoczęła groźną dla nas operację „Cezary”. Została łączniczką ścisłego kierownictwa WiN i pod nowym pseudonimem „Hanka” rozpoczęła z nimi współpracę. Człowiek, który ją zwerbował, niejaki „Sójka”, był bardzo dobrze zakamuflowanym agentem UB. Rzekomo uciekł z aresztu i przedarł się z Rzeszowszczyzny do Puszczy Solskiej. Jego celem był „Butny”. Miał go wydać jak na tacy ubekom, wciągnąć w zasadzkę…

 – Uwierzyliście mu?

– Tylko „Butny” miał wątpliwości. Nie wierzył mu tak do końca. Jak mówił, było to jakieś niejasne przeczucie, bo wszystko inne wskazywało na to, że „Sójka” uciekł z ubeckich rąk. Rany, które nam pokazywał, zadane rzekomo podczas przesłuchań, a potem podczas ucieczki, wyglądały bardzo prawdziwie. Nie mogliśmy przypuszczać, że były dziełem zabiegów chirurgicznych, którym poddali go towarzysze na polecenie „Grabarza”. Za „Sójką” rozesłano listy gończe. Wszystko, co by o tym nie mówić, było perfekcyjnie pomyślane.

– Udało im się. Zabili „Butnego” w 1951, na kładce w lesie, koło starej szkoły – przypomniałam…

– Aaaa, tak, tak – dziadek zamachał ręką. – Wracając do Janiny…

– Kiedy dowiedziała się, że to oszustwo, mistyfikacja?

  – Dość wcześnie, ale równie szybko dowiedziało się o tym UB.

– O czym, dziadku, bo nie nadążam?

– O tym, że Janina Zawilec, ps. „Hanka” wie o prowokacji i niezwłocznie powiadomi ludzi z otoczenia „Butnego” i jego samego. Wtedy do działania przystąpił Grabarczyk. Miał na Jankę dobrego haka…

– Męża…

– Dokładnie. „Grabarz” obiecał jej, właściwie potwierdził to nawet na piśmie, że jeśli zgodzi się na współpracę, „Perełka” bezpiecznie opuści kraj.

 – Zastrzelili go, prawda?

– Tak. Zabili jak psa – dziadek zatrząsł się z tłumionej wściekłości, ale żeby tego było mało, utrzymywali całą sprawę w tajemnicy przez wiele lat, długo po tym, jak zakończyli operację „Cezary”, a w jej ramach akcję cząstkową przeciwko „Butnemu”, o kryptonimie „Puszcza”.

– Bardzo to wszystko skomplikowane – przyznałam.

– Widzisz więc, że nawet teraz, gdy wszystko zostało odtajnione, nadal wzbudza wiele wątpliwości. A co mówić wtedy, gdy gra toczyła się o nasze życie i na naszych oczach…

Chwilę szliśmy w milczeniu. Pod stopami skrzypiał śnieg. Z nieba spływała fontanna srebrnych gwiazdek.

 – Co działo się potem z panią Janiną?

 – Same przykre rzeczy, Aniu – westchnął. – Najpierw ja otrzymałem rozkaz, żeby ją zabić.

– Kto go wydał?

– „Butny”. Mówiłem ci, że coś przeczuwał. Kiedy „Sójka” kręcił się koło niego, zjednując do odtwarzania na terenie Puszczy Solskiej, rozbitej aresztowaniami organizacji, trzymał się od niego z daleka. Widział, jak Janina spotyka się z „Grabarzem”. Nie wiedział, w jakim celu, ale sprawa była jasna. Zawsze tak postępowaliśmy. Za zdradę – kula w łeb.

 – Dlaczego wyznaczył do tej roli ciebie?

– Ufał mi. „Perełka” na pewno nie strzeliłby do własnej żony, więc musiałem to być ja…

– Mogłeś się nie zgodzić?

– Moja droga – westchnął. – W czasie wojny nie ma sentymentów. Rozkaz to rozkaz. A ja go nie wykonałem…

– „Butny” mógł cię za to ukarać?

– O tak – pokiwał głową – bardzo… śmiertelnie nawet!

 – Nie zdążył – przystanęłam. – Zabili go zaraz potem, prawda?

Dziadek nie odpowiedział. Wpatrzony w czubki ośnieżonych sosen odtwarzał w pamięci miniony czas.

– Aresztowali mnie – powiedział po chwili. –  „Grabarz” dokładnie przetestował na mnie wszystkie swoje wymyślne tortury. Nie dziw się, że zareagowałem tak, a nie inaczej, gdy usłyszałem po latach nazwisko tej kanalii!

– Nie dziwię się dziadku, ani trochę – zapewniłam. – Nie można jednak winić nikogo za grzechy rodziców, czy dziadków. To do niczego dobrego nie prowadzi.

 – Masz świętą rację dziecko, ale to jest czasem bardzo trudne.

  – A pani Janina? Nie rozumiem jeszcze jednego…

– Dlaczego wyjechała z „Grabarzem” i urodziła mu dziecko? – Skinęłam głową. – Ja tego właśnie także nie mogłem zrozumieć. A widzisz, to bardzo proste. Uroda Janiny zachwyciła nawet tego bandytę bez sumienia. Zakochał się. Wpadł po same czubki swoich ubeckich uszu i postanowił zatrzymać ją tylko dla siebie, za wszelką cenę. Janina wiedziała, co ją czeka, gdy z lasu przyjdzie inny, mniej sentymentalny żołnierz. Była w ciąży. Nosiła pod sercem dziecko „Perełki”. Była, jak my wszyscy, ofiarą podłej prowokacji tych lisów z UB. Nie zdradzała mi szczegółów…– chrząknął  – ale życie na warunkach „Grabarza” stało się gorsze od śmierci. Przez zupełny przypadek odkryła, że „Perełka” został zastrzelony wiele lat temu, chociaż „Grabarz” utrzymywał, że jest na Zachodzie i zwyczajnie zwiał, zapominając o pozostawionej w kraju żonie i córce. Podjęła decyzję w chwili, gdy dowiedziała się prawdy. Posiada podobno dokumenty, które naświetlają bardzo dokładnie inne, podłe sprawki „Grabarza”, ale ten temat postanowiliśmy zostawić na inny czas. Janka nie przewidziała tylko, że mała Magda przywiąże się do jedynego ojca, jakiego znała i po latach do niego wróci. Spryciarz lubił dzieci i traktował córkę „Perełki” jak na prawdziwego ojca przystało. 

– Dziadku, koniecznie zabierz mnie ze sobą do pani Janiny – przystanęłam.  – Muszę ją zapytać o jedną, ważną sprawę.

 – O Weronikę?

– Nie. O „Grabarza” – przyznałam.

– O, to ciekawe.

– Kiedy zszedłeś na dół, a ja drukowałam te informacje z Internetu, zgadnij kogo zobaczyłam na zdjęciach z pogrzebu Grabarczyka?

– Nie mam pojęcia. Kogo?

– Mojego „byłego” męża, Mirosława Zakrzewskiego.

– Łobuz znał wielu podobnych sobie – zlekceważył informację dziadek. – Sama mówiłaś, że ma wielu znajomych z najwyższych szczebli władzy, a „Grabarz” bardzo pięknie przefarbował swoje rude futro i z komunisty stał się nagle „zacnym” obywatelem, zupełnie jak teraz jego zięć Krzysztof Mazur. Janka mi powiedziała – wyjaśnił.

 – Może masz rację – spasowałam – ale zapytać nie zawadzi.

 – A pewnie, że nie. Pojedziemy do Janki po świętach, jak znajdziesz czas, zabierzesz to całe zdjęcie z pogrzebu i zlustrujemy kochasia aż miło!

Stanęliśmy pod domem. Zza firanki niecierpliwie wyglądała nas mama.

 – Tak zrobimy, dziadku.

 – Nie wie, z kim zadarł – dziadek przepuścił mnie w drzwiach. – Na starych partyzantów nie ma mocnych!

 

ROZDZIAŁ 4

Ania  

Święta upływały w bajecznie rodzinnym nastroju. Sebastian, powalony niestrawnością, kurował się pod czujnym okiem mamy, która w końcu miała syna na wyłączność. Zgodnie z jej tradycyjnym przekonaniem, że w czasie świąt nie wolno wszczynać kłótni, ogromną siłą woli powstrzymywała się od zadawania niepotrzebnych pytań i szerokim łukiem omijała niebezpieczne tematy. Gdy tylko zanosiło się na rodzinne dąsy, podrywała się z miejsca i zapełniała stół kolejnymi przysmakami. Zezwoliła nawet na świąteczną wódkę i wychyliła z nami kilka solidnych kieliszków. Sebastianowi bardzo się to podobało. Leżał na kanapie, niczym sterany wojną królewicz, z godziny na godzinę coraz usilniej symulując chorobę. Wiedzieliśmy wszyscy, że dolegliwości powigilijne dawno mu przeszły, ale skoro mama nie robiła mu wyrzutów, udawaliśmy zgodnie, że niczego nie widzimy.

– Siostra… – usiadł obok mnie na kanapie, wykrzywiając twarz w bolesnym skurczu na widok mamy szykującej w pokoju nowy poczęstunek. – Powiedz, mi …– przybrał normalny wyraz twarzy, gdy mama wyszła do kuchni – co ty kombinujesz z tym całym Rawiczem?

– Absolutnie nic – udawałam, że nie rozumiem.

      – Ślepy nie jestem i mam wrażenie, że się w tym pożal się Boże leśniczym… zabujałaś – szturchnął mnie w ramię, jak za dawnych czasów.

              – A jeśli nawet, to co? – prowokowałam. Seba skrzywił się ponownie, lecz tym razem nie na widok mamy.

              – W takim ogryzku suchym, patyczaku, słabeuszu!? – pokręcił z politowaniem głową. – Myślałem, że masz lepszy gust.

              – I mówisz to ty, jego najlepszy kumpel? – nie przejęłam się.

              – Zawsze za mną łaził, spokoju nie dawał, to się do łajzy przyzwyczaiłem – rzucił łakomym okiem na wniesione przez mamę ciasta. – Ale czy mu siostrę oddam, nie wiem…

              – Nie licz na to, że cię będę prosić o zgodę – otrzymał solidnego kuksańca w bok, czego nawet nie poczuł.

              – Ale się porobiło! – zaśmiał się. – Rawicz moim szwagrem… Niezłe!

– Chyba wolisz „przyszłego” od  „poprzedniego” szwagra? – zapytałam niewinnie. Już po sekundzie pożałowałam. Mój zdawało się, niewinny żart, wymalował w oczach Sebastiana groźną pustkę. Szczęki zazgrzytały pod policzkami, na czole pojawiła się głęboka bruzda, a palce dłoni zacisnęły w gotowe do ataku pięści.

            – Przepraszam…  – położyłam dłoń na jego ramieniu. Mięśnie miał napięte do granic możliwości.

            – Zaraz mi przejdzie – zacharczał, głęboko oddychając. – Nic nie poradzę, że na samą myśl o tym gnoju… – Usta mu zbielały. Patrzył przed siebie zwężonymi nienawiścią oczami. Wszystko przeze mnie – w głowie pojawiła się uporczywa myśl, którą od chwili utonięcia w ramionach Michała postanowiłam zgładzić, odesłać w niebyt, zapomnieć. Nie było mi jednak dane choć przez chwilę posmakować wolności. Przeszłość z uporem wdzierała się w moje życie, przypominając drwiąco, że tak łatwo i szybko nie wywinę się błędom, które popełniłam. I chociaż płaciłam za nie z nawiązką każdego dnia, wydawały się nie mieć końca…

              – Nie rozmawiajmy już o tym – Seba obudził się z letargu i nawet próbował się do mnie uśmiechnąć. – Sam zacząłem, więc… – uścisnął mi dłoń, aż zabolało. – Nie płacz – poprosił łagodnie, widząc czające się w moich oczach łzy. – Damy radę. Przysięgam, że już niedługo będziemy się z tego śmiali. – Zasłonił mnie przed spojrzeniem mamy, której nasza rozmowa nie uszła uwagi. Widziałam, że powzięła decyzję, by zapytać, o czym mówimy, gdy nagle skamienieliśmy jak jeden mąż. Szyba w oknie rozprysła się z głośnym brzękiem, a na  świątecznym stole wylądował ogromny kamień, tłukąc półmiski, talerze i dzbanek z kompotem.

Mama bezgłośnie złapała się za serce, dziadek poderwał z fotela, a ojciec w koszuli i kapciach wybiegł na zewnątrz. Sprawca zdarzenia stał pod furtką, wymachując pięściami. Z jego ust wychodziła plugawa wiązanka ciężkich przekleństw, pomieszana z ujadaniem Reksa.

        – Stefanek! – krzyknął Seba, wypadając za ojcem na dwór.

       – A temu co do tego pijackiego łba przyszło?! Dziadek odsunął laską kawałek szyby, który wbił się w dywan obok jego nogi. – Awantury mu się w święta zachciewa! Już ja go prześwięcę… – zniknął w korytarzu. Podbiegłam do mamy, która bez sił opadła na krzesło.

         – Boże, za jakie grzechy pokarałeś mnie takim bratem?! – szlochała, zakrywając twarz dłońmi.

      – Mamo, już dobrze, nie płacz – próbowałam ją uspokoić, łagodnie głaszcząc po plecach.

Z rozbitego okna powiało zimowym chłodem. Sielankowy nastrój prysł jak mydlana bańka. Tata i Sebastian usiłowali właśnie uspokoić wuja w asyście wymachującego laską dziadka. Na drodze zbierała się gromadka sąsiadów, zaciekawionych hałasem dochodzącym z naszego podwórka. Na samym przedzie stała Halinka Brożyńcowa, zagrzewając ojca do walki. Wuj Stefan dał się we znaki chyba wszystkim mieszkańcom Lipska i okolic. Ktoś zawiadomił policję. Po chwili pod nasz dom zajechał radiowóz. Wuj Stefan, wijąc się i złorzecząc wszystkim, został przez Sebastiana i ojca zapakowany do samochodu. Policjanci skuli go kajdankami. Ojciec wpadł do domu, zmienił buty, włożył płaszcz i razem z Sebastianem wsiadł do radiowozu. Musieli chyba złożyć zeznania. W końcu odjechali. Sąsiedzi głośno dyskutując, ze współczuciem spoglądali w rozbite okno.

                 – Jaki wstyd, Boże, jaki potworny wstyd – powtarzała mama, kiwając się na krześle.

                 – Uspokój się, Stefciu! – czerwony z zimna i ze złości dziadek wszedł do pokoju, wnosząc ze sobą zapach śniegu i wiatru. – Józek Rabiega zaraz szybę wstawi. Już tu idzie – spojrzał przez otwór w szybie. – Chodź, ze mną – chwycił mamę za ramię. – Połóż się w sypialni, a ja ci zaparzę melisy na uspokojenie.

              – Taki wstyd, taki wstyd… – powtarzała mama, zalewając się łzami. Jak w transie podreptała za dziadkiem do sypialni.

               – Ano tak czasem jest w rodzinie – pocieszał pan Józef, fachowym ruchem wstawiając szybę. – Nie ma się co frasować. Zawsze jakaś parszywa owca biedy i wstydu narobi.

Sprzątałam pokój, nie wtrącając się do rozmowy dziadka z sąsiadem. Jakie to dziwne – myślałam. Kiedy już ci się wydaje, że jest dobrze, nagle dzieje się coś, nad czym nie panujemy. Zburzony spokój trudno jest potem odbudować i ponownie uwierzyć, że życie nie szykuje nam kolejnej, przykrej niespodzianki.

 Incydent z wujem Stefanem rzucił się cieniem na całą rodzinę. Mama chodziła jak struta, popłakując po kątach. Dziadek zapomniał o dyspensie i z własnej woli przygotowywał owsiankę i parzył ziółka sobie i synowej. Ojciec godzinami wpatrywał się w telewizor, oglądając po raz tysięczny Potop, Kevina samego w domu i  Parszywą trzynastkę. Sebastian zwinął dobytek złożony ze sterty płyt CD, na których znajdowała się cała dyskografia jego ukochanej IRY, wsiadł do „Bemusi” i nie żegnając się, wyjechał. Nie mając innego wyjścia, poszłam w ich ślady i nie wchodząc nikomu w drogę, zaszyłam się w moim pokoju, usiłując czytać. Sterta kryminałów leżała na szafce nocnej, kłując w oczy wymyślnymi tytułami. Nie trzeba jak widać daleko szukać. Historie z dreszczykiem, potrafią dziać się pod naszym nosem, gdy najmniej się ich spodziewamy. Zamknęłam oczy, wyczarowując pod powiekami twarz Michała, jego dłonie, szorstki policzek, niebieskie oczy, jego całego…

 – Przytul mnie – szepnęłam, rumieniąc się po czubki uszu. I moje zaklęcie się spełniło. Był tuż obok mnie. Pachniał subtelnie wodą po goleniu, drapał niezbyt dokładnie ogolonym policzkiem, zamykał w ramionach, przyciskając moją twarz do swojej. – Kocham cię – wyznałam.

– Ja też cię kocham – odpowiedział.

ciąg dalszy nastąpi...

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz