Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 27 stycznia 2026

Zatańcz ze mną

 

 

 

 

 


 


PROLOG

 

Tata wyciągnął z pawlacza dwie stare klisze rentgenowskie. Jedną wręczył Gabrysi, a drugą pani Władzi, naszej sąsiadce.

– Gotowe na zaćmienie słońca? – zapytał.

– Taaak! – krzyknęła Gabrysia i na znak radości wykonała wokół dziadka prawdziwie indiański taniec.

– Były gdzieś jeszcze dwie… – Próbował sobie przypomnieć, gdzie znajdowały się pozostałe drogocenne w tej chwili klisze.

– A co to jest zaciemnienie? – zapytała po chwili Gabrysia, przerywając dzikie skoki. Chwyciła dziadka za pasek od spodni i mocno odchyliła głowę, żeby spojrzeć w górę, bo dziadziuś Walery był wysokim mężczyzną.

– Mama ci wytłumaczy – wykręcił się od odpowiedzi. Ponownie wszedł na drabinkę i do połowy schował się w pawlaczu. Klisze były dwie, a nas czworo, i należało się pospieszyć. Zaćmienie słońca miało nastąpić za mniej więcej pół godziny. Tymczasem z pawlacza docierały do nas jedynie stłumione pomruki taty.

Gabrysia przybiegła do mnie i zawisła na mojej szyi.

– Mamusiu, co to jest? No, co to jest zaciemnienie? – dopytywała, wpatrując się we mnie błękitnymi oczkami.

– Zaćmienie, myszeczko – poprawiłam córkę.

Naszej wymianie zdań przysłuchiwała się pani Władzia.

– Ja też, szczerze mówiąc, tak do końca nie wiem – przyznała. – Słyszy człowiek to i tamto, ale jak co do czego przyjdzie, żeby wytłumaczyć dziecku na przykład, to okazuje się, że jak nie wiedział, tak nie wie. Trochę wstyd.

– Wstyd to kraść i z łóżka spaść – odezwał się tato z głębi pawlacza. Poszukiwania kliszy trwały i były coraz bardziej chaotyczne. Wyrzucał wprost pod nogi jakieś papiery, zeszyciki i świąteczne kartki. Niedługo zaćmienie, a dwóch kliszy jak nie było, tak nie ma. Miałam cichą nadzieję, że znajdzie tylko dla siebie. Nie byłam przesądna, jednak zaćmienie słońca, które w zachwycie oglądałam z Robertem 11 sierpnia 1999 roku nad Balatonem na Węgrzech, nie było dobrą wróżbą dla naszego związku. A może łatwiej było wszystko zrzucić na kosmos, niż uznać własne błędy? Być może. Faktem jednak było, że odczuwałam dziwny lęk przed kolejnym oglądaniem zaćmienia słońca. Niestety wszystko wskazywało na to, że się nie wykręcę.

– Mamusiu! – niecierpliwiła się Gabrysia, krzycząc mi prosto do ucha i obejmując za szyję.

– Zaćmienie słońca to rzadkie i ciekawe zjawisko występujące na niebie. – Uśmiechnęłam się do córki. Gabrysia odpowiedziała uśmiechem. Nie mogła ustać nawet chwilki nieruchomo, ale bardzo się starała. – Dzieje się wtedy tak, że Księżyc podczas swojej wędrówki wciska się pomiędzy Ziemię i Słońce. Planety układają się w jednej osi, chwytają się za ręce, lub za promienie, jakkolwiek to nazwiemy, a potem obracają się coraz szybciej po kosmicznej drodze. Księżyc, podskakując, w biegu przesłania Słońce. Jeśli tylko odrobinę, wtedy jest to zaćmienie częściowe, a gdy zakrywa je całe, wtedy oglądamy całkowite zaćmienie Słońca. Czasami jakby ofiarowywał Słońcu zaręczynowy pierścionek, bo cień Księżyca wygląda jak obręcz…

– Zaciemnienie, zaciemnienie! – śmiała się Gabrysia.

– Ale ładnie to wyjaśniłaś, Majeczko! – pochwaliła mnie pani Władzia. – Teraz już na pewno zapamiętam.

– Jest, mam! – radośnie oświadczył ojciec. Ostrożnie zszedł z drabinki, trzymając w dłoniach dwie stare rentgenowskie klisze. – Chodźmy, bo zaraz się zacznie.

Wyszliśmy do ogrodu o godzinie wpół do dziewiątej. Zaczynało się zaćmienie słońca. Gdybym wiedziała, co się wydarzy potem, za żadne skarby świata nie spojrzałabym wtedy w niebo…

 


ROZDZIAŁ 1

Lustro w holu agencji detektywistycznej „Karramba” w Lublinie zajmowało całą ścianę.

– Potwornie schudłam. – Przyłożyłem dłonie do policzków i obróciłam się parę razy wokół własnej osi.

– To nawet lepiej… – sapnął lekceważąco Kris, przyciskając nogami ostatnią niedomkniętą walizkę.

– Co masz na myśli? – Patrzyłam, jak dociska oporną krawędź, by mocno napięty zamek w końcu się zapiął. Bez skutku.

– Jak umrzesz, będziesz zajmowała mniej miejsca w trumnie i bez problemu upchamy wokół ciebie tonę tych fatałaszków – sapnął.

– Bardzo śmieszne…

– Niedawno twierdziłaś, że przytyłaś – droczył się – więc może się w końcu zdecyduj, czy jesteś potwornie chuuuda – wessał policzki – czy potwornie gruuuba – wydął je jak chomik − bo się pogubiłem.

– Kobiety tak mają – pocieszyłam go.

– Czyli urojenia! – Triumfował. – Jak to dobrze, że wolę mężczyzn.

Zaśmialiśmy się oboje. Kris chyba z przyzwyczajenia nadal utrzymywał, że jest gejem. Po ostatniej rozmowie z Mariuszem zaczynał wychodzić na prostą.

W holu stały jeszcze dwie duże walizki i jedna mała. Ta, z którą mocował się Kris, była największa. Wyglądał na niej jak młody bóg, który wyszedł na ląd z jakiegoś ciepłego morza i zastygł w pozie greckiego atlety na pokuszenie antycznego rzeźbiarza. Z upodobaniem łamał kobietom serca i świetnie się przy tym bawił, gdy z uroczym uśmiechem na ustach oświadczał im, że ma inne preferencje.

− Coś ty tu nabrała!? – zrzędził, dopinając zamek. – Jak cię znam, to wsadziłaś tu całą szafę ciuchów, a do pozostałych wszystkie swoje czerwone szpilki. Mówiłem ci, że masz na tym punkcie obsesję?

– Jakiś tysiąc razy… Przestałam cię słuchać.

Walizka rzeczywiście wyglądała, jakby miała za chwilę eksplodować. Kris podniósł ją bez wysiłku i zaniósł do samochodu. Za chwilę wrócił i zabrał pozostałe. Zeszłam z nim do garażu, trzymając w objęciach pluszową pszczółkę Maję – ulubioną przytulankę Gabrysi. Bagażnik był zapchany po brzegi i pszczoła ledwie się zmieściła. Ale musiała ze mną jechać. Wiedziałam, jak bardzo Gabrysia się ucieszy.

Kris podał mi butelkę mineralnej i niemal w całości opróżnił swoją. Maj był w tym roku wyjątkowo ciepły, wręcz upalny.

– Po lesie też zamierzasz biegać w szpilkach? – zapytał, gdy powoli wspinaliśmy się po schodach.

– Oczywiście. Wyobrażasz mnie sobie w trampkach?

Kris się uśmiechnął.

– Beznadziejny przypadek – westchnął i otworzył przede mną drzwi. W gabinecie szumiał wentylator. Przyjemnie chłodne powietrze owiało nam twarze. Kris wszedł do łazienki i odkręcił kran. Wykorzystałam ten moment i zapaliłam papierosa. Mój kuzyn nie znosił palaczy i tępił ich z całą surowością. Z rozkoszą zaciągnęłam się papierosem i wydmuchałam w powietrze obłoczek szarego dymu.

– Pamiętasz, co mi obiecałaś? – Głos przebijał się przez szum wody.

– Nie bardzo…

– Że będziesz dla mnie pisać dziennik z podróży po Roztoczu.

– Będzie dobrze, jak znajdę czas na wysłanie ci krótkiego esemeska. Poza tym wciąż nie wiem, czy to dobry pomysł. Jak ja wytrzymam tak długo bez agencji…

– Po pierwsze, nie marudź, a po drugie, przypominam ci, że od paru miesięcy jesteś wyrodną matką, a ja nie pozwolę krzywdzić mojej ulubionej siostrzenicy…

Kris wyszedł z łazienki i natychmiast zmarszczył zgrabny nos. W przeciwieństwie do mnie prowadził zdrowy tryb życia i miał zamiar jeszcze pożyć.

– Podobno wczoraj rzuciłaś palenie – zakpił.

– Zapomniałam. Zacznę od jutra, obiecuję. – Uniosłam w górę dwa skrzyżowane palce.

– Co za smród… Wynocha na dwór! – Wskazał drzwi od balkonu.

Wyszłam posłusznie, a Kris za mną.

– Jesteś niebezpieczna dla otoczenia, Majka – wymądrzał się. – Teraz mnie trujesz, a parę godzin temu próbowałaś mnie zabić. Ostatni raz wsiadam z tobą do samochodu! Gnałaś przez miasto, jakby goniło cię sto diabłów.

– Może nie sto, ale jeden Belzebub na pewno… – mruknęłam.

Kris zagryzł dolną wargę i spuścił wzrok. Od razu odgadł, o czym mówię. Zaciągnęłam się dymem, zła na siebie, że jednak się wygadałam.

Przed paroma laty mój kuzyn oświadczył ojcu, że jest gejem. Wuj Bogumił z miejsca spisał go na straty i wyrzucił z domu. Wcześniej porzuciła go żona i odtąd nie radził sobie z wychowaniem jedynaka. Kris całe dnie spędzał w naszym domu, a w swoim jedynie nocował. Ojciec i syn chodzili własnymi drogami, które biegły w przeciwnych kierunkach. Nie stronili przy tym od robienia sobie na złość przy każdej okazji. Kris wmówił ojcu, że jest gejem, a potem sam w to uwierzył. Kto sieje wiatr, zbiera burze…

Przechodziłam w tym czasie bardzo trudny czas, ale w przeciwieństwie do Krisa miałam dach nad głową, dobrze prosperującą firmę, a co najważniejsze − potrzebowałam zaufanej niani do Gabrysi. Kris nadawał się idealnie, znałam go od dziecka i nie obchodziły mnie jego preferencje, prawdziwe czy urojone. Dałam kuzynowi pracę i mieszkanie. Okazało się, że zrobiłam złoty interes. Kris okazał się prawdziwym skarbem, a wkrótce moją prawą ręką w firmie. Gabrysia za nim przepadała, a ja coraz częściej powierzałam mu sprawy agencji. Zwłaszcza odkąd Gabrysią zajmował się dziadek. Rozumieliśmy się bez słów i tworzyliśmy zgrany tandem.

– Nie twierdzę, że mój tata jest aniołem, ale w porównaniu z Bogumiłem… Jak ty z nim wytrzymałeś okrągłe trzydzieści lat?

Kryspin błysnął w uśmiechu białymi, równiutkimi zębami.

– Nie było łatwo, ale zemściłem się okrutnie. Zwłaszcza za to kretyńskie imię, które mi zafundował.

– Tu akurat się czepiasz. Po pierwsze, bywają gorsze, a po drugie, jestem starsza od ciebie o dekadę, więc dobrze pamiętam. Wujek sporządził całą listę, kiedy miałeś się urodzić, a gdy już szczęśliwie pojawiłeś się na świecie, wybrał to, które akurat widniało w kalendarzu.

– Czyli sam jestem sobie winien?

– Na to wygląda, mój drogi Kryspinie…

– Nigdy tak do mnie nie mów! – rozzłościł się.

– Co cię nagle ugryzło?

– Sam nie wiem. Mariusz mówił, że imię to bardzo ważna sprawa. Nadaje charakter człowiekowi, ma wpływ na całe jego życie… a moje jest po prostu koszmarne. Uświadomili mi to chłopcy z kabaretu. Czy słyszałaś kiedyś o jakimś świętym Kryspinie?

– Teraz dla odmiany chcesz zostać świętym?

– Nie drwij, Majka, to poważna sprawa…

– Nie drwię, tylko się martwię, bo znowu szukasz dziury w całym. Jesteś świetnym detektywem, jeszcze lepszym fotografem, nie wspominając o twoich wybitnych umiejętnościach jako niania… – wyliczałam.

– Mów co chcesz, a ja i tak uważam, że coś w tym jednak jest… Imię jest ważne.

Uśmiechnęłam się na myśl o Gabrieli Annie.

– Ty trafiłaś w dziesiątkę. – Odgadł, o kim myślę. – Gabi-Anka jest okej. Pasuje do niej.

– O właśnie! Przez ciebie nie przestaje tak o sobie mówić i udaje, że nie słyszy, gdy mówię do niej Gabrysia!

– I ma rację. Gabi-Anka brzmi o wiele lepiej.

Nie było sensu się z nim spierać. Kryspin od dziecka uwielbiał przekręcać imiona i na nowo ochrzcił całą rodzinę i znajomych. Do siebie kazał mówić wyłącznie Kris, mnie ochrzcił Mają, i nikt od dawna już nie pamiętał, że mam na imię Maria. Mojego tatę Walerego nazywał Sławkiem, a do swojego ojca Bogumiła – dopóki rozmawiali – zwracał się wyłącznie Ben. Jego imienne przeróbki przyjęły się na stałe. Mój kuzyn był jak moja córeczka, jedyny w swoim rodzaju.

Niezłym oryginałem był także wuj Bogumił, ale w zupełnie innym sensie. Krótko mówiąc, ze świecą można by było szukać kogoś podobnego. Na chrzcie otrzymał piękne imię, co nie zapobiegło katastrofie. Niemal od kołyski był potwornym cholerykiem, ateistą i zatwardziałym komunistą, i z pewnością Bogu miły nie był… Pech chciał, że właśnie dzisiaj go spotkałam.

– I co tam słychać u staruszka? – zapytał Kris.

– A jak myślisz? Przecież mamy wybory.

– No jasne! Pewnie zafundował ci jakiś monolog polityczny.

– Niestety tak. Wpadliśmy na siebie przypadkiem i nie było odwrotu.

– Opowiadaj ze szczegółami. To miło posłuchać, jak męczy kogoś innego – ponaglał.

– Agitował na rzecz Magdaleny Ogórek, kandydatki na prezydenta RP.

– Wybory prezydenckie to woda na młyn ojczulka – przyznał. – Zawsze zanudzał wszystkich swoimi skrajnie lewicowymi poglądami.

– O niczym innym nie mówił – przyznałam. – I od razu zapytał, na kogo zagłosuję. Gdy odpowiedziałam, że nie wybieram się na wybory, o mało nie dostał apopleksji. Stał na środku chodnika i toczył pianę z ust na temat „popapranych antysystemowców”, „społecznej głupoty” i mnie, wykazującej „nieobywatelską postawę” wobec rzeczy tak istotnej jak wybory. Myślałam, że umrę!

– A jednak siedzisz tu i podtruwasz się papieroskiem – zauważył.

– To już ostatni, obiecuję. – Szukałam wzrokiem popielniczki. Kris podał mi ją, demonstracyjnie zatykając nos, gdy zgasiłam w niej cieniutki niedopałek damskiego papierosa. Potem wsunął popielniczkę w najdalszy kąt balkonu.

– Kontynuuj – poprosił.

– Miałam szczęście. Moja znajoma wracała akurat do domu, mieszka w okolicy. Nie widziałyśmy się całe wieki, ale kiedy niemal rzuciłam się jej na szyję, uwierzyła, że potwornie się stęskniłam, i zaproponowała kawę. Skorzystałam, żeby przeczekać w bezpiecznym miejscu. I tak uciekłam od wuja, ale trafiłam z deszczu pod rynnę. Justyna zawsze była straszną nudziarą. Wyciągnęła z szafy jakieś skamieliny, którymi się pasjonuje, i musiałam udawać, że jestem zachwycona każdym okazem z osobna, gdy tak naprawdę miałam ochotę wyskoczyć przez okno. I wtedy zadzwoniłeś, że odholowałeś samochód do naprawy, więc teraz nie miej pretensji…

W biurze rozległ się telefon. Kris, niemal płacząc ze śmiechu, poszedł odebrać.

– Agencja detektywistyczna „Karramba”, słucham. Tak, wiem… O której? Dobrze. Będę. Do widzenia. – Odłożył słuchawkę. − Za godzinę rozpoczyna się spotkanie przedstawicieli firmy z naszymi rolnikami… – powiedział, gdy ponownie stanął w drzwiach.

– „Nasi rolnicy”… – Uśmiechnęłam się. Na zlecenie grupy rolników z Rogowa badaliśmy sprawę zatrucia wód gruntowych w gospodarstwach na terenie wsi. Oboje bardzo zaangażowaliśmy się emocjonalnie w tę sprawę.

– Pojadę z tobą − zdecydowałam.

– Dziecko na ciebie czeka… – przypomniał z wyrzutem.

– To będzie niewielkie opóźnienie, godzina, może dwie… Pojadę potem prosto do Zamościa, obiecuję.

– Pracoholiczka. – Z politowaniem pokręcił głową.

– To jak, jedziemy? Chyba że chcesz się przejść albo wsiadasz w autobus?

Wiedziałam, że na spacer było za późno, a komunikacji miejskiej Kris po prostu nie znosił. Jego samochód znajdował się w warsztacie. Zrezygnowany skinął głową, ale za chwilę o czymś sobie przypomniał… Demonstracyjnie uniósł podbródek i władczo rozejrzał się po biurze.

– To mój szczęśliwy dzień. Teraz ja tu będę szefem!

– Podlec! – Obróciłam się na pięcie i przewiesiłam przez ramię niezwykle pojemną czerwoną torebkę. – Mam nadzieję, że ci mój urlop kością w gardle stanie…

– Jasne! – Nie przejmując się, usiadł w fotelu pasażera i przezornie zapiął pasy.

Nie minął kwadrans, jak byliśmy na miejscu.

– Wariatka! – powiedział Kris, wysiadając.

 

 

ROZDZIAŁ 2 

Sala konferencyjna urzędu marszałkowskiego wypełniała się ludźmi. Usiedliśmy w pierwszym rzędzie obok sołtysa z Rogowa i delegacji wsi. Wielki tłum. Przedstawiciele koncernu będą się gęsto tłumaczyć. Byłam ciekawa, jaką obrali strategię. Rolnicy byli mocno zaangażowani w sprawę. Podchodzili do nas, witali się serdecznie, jak z przyjaciółmi − od roku graliśmy w jednej drużynie. Każdy uczestnik spotkania otrzymał płytę DVD z filmem o zagrożeniach dla środowiska związanych z wydobyciem gazu łupkowego.

Skażenie wody nastąpiło po próbnych odwiertach przeprowadzonych w Rogowie na Zamojszczyźnie przez podwykonawcę koncernu Chevron. Sprawa przeszła bez echa. Rolnicy, u których woda uległa skażeniu, nigdzie nie mogli doprosić się rzetelnego zbadania sprawy. „Karrambę” polecił im Mariusz, mój kolega ze studiów, który porzucił prawo i został księdzem. Jego ciocią była żona sołtysa z Rogowa. W ten sposób od roku poznawaliśmy kulisy wydobywania gazu łupkowego na Zamojszczyźnie.

Rolnicy zgłosili się do nas wiosną ubiegłego roku. Do naszej agencji detektywistycznej przyjechali we troje. Nie wiedzieli, co mają dalej robić… Najpierw opowiadał sołtys, a potem mówili na zmianę.

– W Wielki Piątek żona przychodzi do mnie i mówi: „Chodź, zobaczysz tę wodę…”. Patrzę, a tu z kranu woda idzie czarna…

– Wzięłam się za zmywanie naczyń i coś śmierdzi i śmierdzi, obrzydliwy smród, taka chemia – potwierdziła ciotka Mariusza.

– O, taka, specjalnie nałapałem, żeby dowód był. – Sołtys wyciągnął z reklamówki słoik z brunatną cieczą i podał Krisowi, który najpierw poruszył słoikiem, zamieszał, a potem odkręcił wieczko i powąchał. Z obrzydzeniem odwrócił twarz. Wszyscy poczuliśmy wydobywający się ze słoika fetor.

– U nas to samo. Śmierdzi jak nie wiem co! – powiedziała sąsiadka. – Pół dnia spuszczałam to z kranu, spływa i spływa, i dopiero po jakimś czasie naszła jakaś normalniejsza, ale też już nie taka, jak była – dodała kobieta.

– Studnia stoi na granicy naszych domów – wtrąciła sołtysowa – i wodę z niej braliśmy przeszło dwadzieścia lat i była dobra!

– Od naszej się zaczęło. Teraz już wiadomo, że wody gruntowe w okolicy zostały zatrute.

– I co teraz robić? To nie nadaje się przecież do picia… – Żona sołtysa wskazała na słoik z cieczą.

– Kiedy dokładnie to się stało? – zapytał Kris.

– Od kiedy te odwierty były zeszłego roku – powiedział sołtys. – A jak przyjechali wiercić tymi wielkimi maszynami, to z okien ich widać było, bardzo blisko wsi, i takie drgania ziemi były, jakby się miała rozstąpić zaraz. Tak tego gazu na gwałt szukali. Myśleliśmy, że nam dom się zawali, a ściany w kilku miejscach popękały.

– Zgłosili to państwo gdzieś?

– Tak, ja zgłosiłem zaraz po świętach i przyjechali z tej firmy, co szukała gazu u nas, ale nic z tego nie wynikło. Dwóch przyjechało, jeden na drugiego popatrzył, zaczęli się uśmiechać, że to nie jest prawda…

– Że niby nam się tak zdaje tylko! – wtrąciła rozeźlona sołtysowa. – Bo przecież takie my głupie ludzie na tej wsi, że wody czystej od brudnej i śmierdzącej nie odróżniamy! Ich nic nie obchodzi, a człowiek przeżywa…

Głos jej się załamał.

– I nic nie zrobili? – dopytywał Kris.

– No, my właśnie w tej sprawie przyjechaliśmy. Bo dziwne to bardzo było. Zaraz na drugi dzień przyjechał do nas studniarz i mówi: „Panie Wieśku, ja mam u pana studnię kręcić”. Zdziwiłem się, bo mowy żadnej o tym nie było, ale jak żeś przyjechał, to sobie kręć – mówię. I wywiercił nową studnię, a potem sprawdzał wodę i okazało się, że do niczego. Więc za parę dni nowy otwór wykręcił. I dalej to samo. To pojechał.

– I co, tak za darmo wiercił?

– Ano za darmo, bo ja za nic nie płaciłem, a kto za to płacił, nie wiem…

– Być może zapłacił za to ktoś, kto poczuwa się do winy za pojawienie się zanieczyszczeń w wodzie – powiedziałam.

– Nam się też tak wydaje, że to płaciło to przedsiębiorstwo szukające gazu – wtrąciła sąsiadka.

– Woleli zapłacić, niż żeby miał się szum zrobić. Pieniądze mają, to problem żaden, ale niech sobie nie myślą, że truć nas będą bezkarnie!

– Ale ktoś im pozwolenie wydał?

– A pewnie. W gminie wydali od ręki podobno. Wójt podpisał i tyle. A jak poszliśmy po tym wszystkim z tą wodą do gminy zgłosić, to do tej firmy kazali podanie napisać, a nam po cichu mówili, że to nic nie da, bo nie ma jak tej wody porównać, jak nikt próbek nie pobrał przed rozpoczęciem poszukiwań gazu.

– To nie było żadnego spotkania informacyjnego z mieszkańcami?

– A to jeszcze inna sprawa. Po cichu, można powiedzieć: podstępnie te podpisy po domach zbierali. Że niby to tylko taka formalność, że w tym miejscu tylko podpisać i załatwione.

– U nas ludzie starzy przecież, nie dowidzą, nie dosłyszą. Sama byłam świadkiem, jak po polach chodzili i mierzyli coś bez pozwolenia żadnego, a potem do takiego staruszka, co na ławeczce przed domem przesiadywał, że tu i tu podpisać. To on wziął i podpisał. Akurat na podwórko do niego zaszłam, bo po sąsiedzku mieszkamy, i pytam go, co podpisał, a on mówi, że nie wie… bo przecież okularów nie ma. To po co podpisujesz, jak nie wiesz co! – mówię. To tylko ramionami wzruszył. Wzięłam tę kartkę od niego i dopiero w domu przeczytałam. O, tu ją mam. – Podała mi kartkę.

– „Tytułem wynagrodzenia za wymienioną nieruchomość podwykonawca zapłaci kwotę czterdziestu złotych… W sprawie dochodzenia wyrządzonych szkód właściwy jest Sąd Rejonowy w Toruniu…” – przeczytałam.

– Czyli jakieś pięćset kilometrów stąd… – szybko obliczył Kris.

– I kto by tam pojechał? – zapytała sołtysowa.

Pytanie było retoryczne. Uznaliśmy, że to sprawa dla nas. Od tego czasu minął rok.

Byłam ciekawa, czy to spotkanie coś wyjaśni. Kris obserwował rozmówców z wypiekami na policzkach. Dyskusja stawała się coraz bardziej ożywiona

– Pracownicy waszej firmy wchodzili bez pytania o zgodę na prywatne pola lub prosili o nią dopiero po zakończeniu badań. A powinni najpierw z nami porozmawiać!

– Ale przecież otrzymaliśmy zgodę – bronił się pracownik firmy.

– Ale już po wszystkim, jak sobie powierciliście!

– To powinno być załatwiane po kolei… starostwo, gmina i dopiero wieś – padały głosy z sali.

– Wcale ludzie nie wiedzą!

– Tyle ministerstw jest, co się zajmują tymi sprawami, i nikt na to nie reaguje, to co sołtys ma zrobić?

– Tak, tak…

– Trzeba ludziom wytłumaczyć, o co tu chodzi.

– Żeby wydobyć z łupków gaz, trzeba do ziemi wpuścić mieszankę piasku, wody i chemikaliów, które są szkodliwe dla środowiska. Zatruwacie nam wodę…

– Badania w laboratorium wykazały jedynie zanieczyszczenie, nie wyjaśniły jednak, dlaczego po tylu latach normalnego użytkowania studni woda nagle nie nadaje się do użycia… – stwierdził przedstawiciel firmy.

– Bo to jasne jak słońce, że to z powodu waszych badań! – odzywały się głosy z sali. – Ale jak tak postępujecie, to my na to nie pozwolimy!

– To przecież pokazują wszędzie w Internecie. W promieniu trzech kilometrów to tutaj nikt nie będzie miał racji bytu! Zniszczycie nam zieleń, zniszczycie źródła, które tu mamy, stawy rybne są przecież. Nad tym się nikt nie zastanawia, że to będzie zniszczone!

– Wydobycie gazu łupkowego w Stanach Zjednoczonych zdewastowało przyrodę, a mieszkający w pobliżu odwiertów ludzie chorują. O, zaraz film pokażemy!

– Będziemy się bronić, żeby tego u nas nie było!

– Proszę państwa, proszę o spokój… – apelował przedstawiciel firmy, ocierając chusteczką spocone czoło.

Rolnicy nacierali coraz bardziej. W sali zrobiło się duszno, brakowało powietrza. Poczułam zawroty głowy i myślałam, że upadnę. Kris w porę wyprowadził mnie pod rękę na korytarz. Podeszliśmy do okna, które Kris otworzył na całą szerokość.

– Dziękuję, od razu lepiej.

– Za dużo pracujesz i takie są efekty – marudził. – Jedź w końcu na ten urlop i napisz, jak już będziesz na miejscu…

– Strasznie się mną przejmujesz, Kris, ale okej, chyba nic tu po mnie.

Na sali wymiana zdań była coraz ostrzejsza. Słychać ją było nawet przez zamknięte drzwi.

– Idą w zaparte, jak przewidywaliśmy… – powiedział Kris.

Kris odprowadził mnie do samochodu. Ponownie się uściskaliśmy. Tak się ze sobą zżyliśmy w ostatnich latach, że trudno było nam się rozstać nawet na kilka dni. Ale przecież sam mnie namawiał…

Pomachałam Krisowi i włączyłam się do ruchu. Trafiłam na długi korek wijący się przez centrum Lublina. Może to znak, żeby zawrócić?

Majowy urlop, na który właśnie się wybierałam, był pomysłem Krisa. W związku ze zleceniem rolników z Rogowa często jeździł na wieś i stawał się coraz bardziej nieprzejednany w walce z „trucicielami”, jak nazywał sam koncern, jego podwykonawców i mocodawców. Namawiał mnie coraz częściej, bym wzięła urlop i pokazała Gabrysi Roztocze, dopóki jeszcze można. „Jeśli znajdą gaz, nie zostanie tam kamień na kamieniu!” – wieszczył niemal jak Kasandra.

Widziałam wiele pięknych miejsc na świecie. Czym może zaskoczyć mnie Roztocze? – myślałam.

– A gdzie miałabym pojechać? Do Krasnobrodu, Zwierzyńca czy Szczebrzeszyna?

– W dzicz, przecież mówię – nie ustępował Kris. – Żadne tam miasteczka, choćby najładniejsze. Łono natury i tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, bliżej wschodniej granicy. Mogę się założyć o wszystko, że nie będziesz chciała stamtąd wracać – przekonywał.

– To może od razu do Lwowa?

– Przestań, przecież tam sytuacja jest nadal bardzo napięta.

– Myślisz o wojnie? Już od dawna niczego nie słyszę w wiadomościach.

– Taka jest polityka. W tym roku nie ma ważniejszych spraw niż wybory. A jak są igrzyska, to nikt nie myśli o problemach, zwłaszcza gdy dzieją się tam, gdzie nas nie ma. Wiedzieli to już starożytni. Jak impreza, to po nas choćby i potop. Ale mniejsza o to.

Podszedł do biurka i wyciągnął z szuflady prezenty. Po opakowaniu poznałam, dla kogo są przeznaczone. Nie myliłam się.

– To dla ciebie – podał mi czerwoną papierową torebkę.

Zajrzałam do środka i uśmiechnęłam się.

– Moje ulubione! Dziękuję. – Pocałowałam go w policzek i natychmiast skropiłam się otrzymanymi perfumami.

– Miałem ochotę kupić ci inne, ale skoro używasz ich od liceum, nie będę zmieniał twoich przyzwyczajeń.

– I niech tak zostanie.

– A to dla Gabi-Anki.

– Co to takiego?

– Aparat fotograficzny. Mały, poręczny i bardzo prosty w obsłudze, ale robi fantastyczne zdjęcia. Wywołasz i powklejasz do waszego dziennika podróży…

– Sam je sobie będziesz wklejał, ja nie mam czasu.

– I bądź tu miły, człowieku – westchnął. – Jesteś niemiła i leniwa, droga kuzynko, ale jak zawsze ci wybaczam. I mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę. Znajdziesz ją w najmniejszej czerwonej walizce. Zajrzyj tam na spokojnie. Jest w zewnętrznej kieszeni, w teczce…

– Co w niej jest?

– Gdybym ci powiedział, nie byłoby niespodzianki. Jestem pewien, że się ucieszysz.

– Ciekawe, co znowu wymyśliłeś, Kris…

Wciąż przebijałam się przez zatłoczone miasto. Ze wszystkich stron otaczały mnie ogromne plakaty wyborcze. Z płotów i słupów oraz tablic ogłoszeniowych spoglądali kandydaci na prezydenta RP. W tym roku wypadały wybory prezydenckie i parlamentarne. Wielkie zamieszanie i jeszcze więcej obietnic bez pokrycia. Każdy obiecywał złote góry, a czołowe kobiety w polityce ruszyły w Polskę, jedna pociągiem, a druga autobusem.

Atmosfera przedwyborcza – musiałam to przyznać – była podobna do tej, jaka panowała w 1989 roku. Pamiętam tamte wybory bardzo dokładnie, bo skończyłam wtedy 18 lat i po raz pierwszy głosowałam. Wszystko, co dzieje się w naszym życiu pierwszy raz, zostaje w nas na zawsze. W obliczu najnowszych teorii na temat Wałęsy i okrągłego stołu, czułam złość. Nad wszystkim, w co kiedyś wierzyłam i uważałam za pewnik, unosił się coraz silniejszy fetor. To, co białe, przybrało odcień szarości, bohaterowie mieli czarne plamy w kartotekach. A przecież każdy wtedy wierzył, że jego głos jest ważny, że w ten sposób zmienimy świat. Nie byłam już tego taka pewna, bo jeśli nawet zmieniliśmy, to czy na lepsze?

Dokoła wszyscy żyli wyborami. Ludzie dyskutowali o polityce hałaśliwie, często agresywnie. Słowne utarczki dochodziły z balkonów, tarasów i ogródków na posesjach. Wszędzie słychać było spory, a nawet kłótnie. Wyborcze emocje razem z grillowym dymem niezdrowo zagęszczały powietrze.

– Będziecie musieli obejść się bez mojego głosu – oświadczyłam twarzom na plakatach, wjeżdżając na krajową siedemnastkę. Nacisnęłam pedał gazu, tak jak lubiłam. Za godzinę będę na miejscu.

 

ROZDZIAŁ 3

Sad otaczający mój rodzinny dom przy ulicy Myśliwskiej w Zamościu pokryty był białymi pąkami owocowych drzewek. Ptasi świergot był donośny. Postanowiłam zrobić tacie i Gabrysi niespodziankę, skoro jeszcze nie zauważyli, że przyjechałam. Ściągnęłam ukochane czerwone szpilki i trzymając je w dłoniach, na paluszkach szłam do kuchni. Nagle spod moich nóg czmychnęło miniaturowe „coś” i potwornie mnie wystraszyło.

– Aaa! Myyysz! – Z wielkim wrzaskiem wskoczyłam na krzesło i cisnęłam butem w stworzonko.

Mysz z cichym piskiem uciekła pod schody. Zanim zdążyłam ochłonąć, w drzwiach pojawił się zdyszany ojciec, z niemym krzykiem protestu zastygłym na ustach, i z niepokojem szukał na podłodze małego stworka. Nie schodziłam z bezpiecznej wysokości krzesła. Gdyby mysz wlazła mi na nogę… Na samą myśl otrząsnęłam się z obrzydzeniem. Gryzoń teoretycznie miał niewielkie szanse w starciu z człowiekiem, wolałam jednak nie sprawdzać tego na własnej skórze.

– Mało brakowało, a zamordowałabyś Mariolkę! – powiedział z wyrzutem tata i szarmancko podał mi dłoń.

– Mówisz o tej okropnej myszy? – Pozwoliłam mu sprowadzić się na ziemię, jednak lustrowałam powierzchnię podłogi z uwagą.

–To nie jest żadna mysz, tylko ryjówka! – Triumfował. – Maleńki ssak i do tego pod ochroną. Cóż mogło ci zrobić takie małe stworzonko? – zadrwił.

Nie przekonał mnie. Wciąż patrząc pod nogi, dobiegłam do sofy i usiadłam tak, żeby stopami nie dotykać podłogi. Tata, bardzo przejęty niedoszłym morderstwem, wyrzucał z siebie jakieś encyklopedyczne informacje:

– Ryjówka to nie gryzoń, tylko najmniejszy ssak na świecie, a do tego bardzo pożyteczny i pod ochroną! Nazwałem ją Mariolka i karmię mięsem z puszki od paru miesięcy. Czy ty wiesz, że ja w ogóle nie mam w domu myszy?! Przychodziły z ogrodu, zwłaszcza jesienią, a potem grasowały po szafkach i zostawiały, za przeproszeniem… odchody. Odkąd zorientowałem się w porę, że w „żywołapce” nie siedzi mysz, tylko coś podobnego do miniaturowego kreta, zrobiłem zdjęcie i wrzuciłem na facebooka z pytaniem, co to za stworzenie. Zaraz mi znajomy odpisał, że to ryjówka, a Władzia przyniosła fachową literaturę. Wypuściłem ją i okazało się, że została. Podjada to, co jej zostawię na spodku. Musi jeść codzienne dokładnie tyle, ile waży, bo inaczej w szybkim tempie ginie. Jak jest głodna, to zjada co popadnie, jak odkurzacz, ale jest mięsożerna, dlatego zostawiam jej to, co lubi.

– Oswojona ryjówka… Coś podobnego!

Patrzyłam na ojca, jak chodzi w tę i z powrotem po kuchni, gestykuluje i… mówi, mówi, mówi. Czy to na pewno mój ojciec, czy może do domu przy ulicy Myśliwskiej w Zamościu przyleciał Rumburak pod postacią kruka i podmienił staruszka na jakiegoś Blekotę? Zgoda, moje pierwsze spotkanie z Mariolką nie wypadło najlepiej, ale skąd mogłam wiedzieć, że Walery Kotarski, emerytowany wojskowy, stał się obrońcą i hodowcą zagrożonych wyginięciem stworzeń? Wcześniej nie przejawiał tego typu skłonności, a nawet miałam brzydkie podejrzenie, że nie lubił specjalnie zwierząt. Jakby lubił, to by nie jeździł na polowania z kumplami z wojska, a często tak bywało. Czary jakieś czy co?

– Na przyszłość będę pamiętała. – Opuściłam nogi na podłogę.

– Tym bardziej że teraz będziemy mieszkać razem! – Tata się rozpromienił.

– Właśnie. W samochodzie mam ostatnią porcję swoich rzeczy. Znalazłam też ulubioną przytulankę Gabrysi…

– Tę pszczółkę, za którą tak płakała? – zainteresował się.

– Dokładnie! Leżała za szafą w „Karrambie”. Jest tylko trochę zakurzona.

– Pamiętam, jak przywiozłaś do nas Gabunię na noc bez tej pszczoły… Całą noc płakała i wołała raz ciebie, raz pluszaka, Maja i Maja… Oboje z mamą nie zmrużyliśmy oka…

Tato nagle zamilkł. Wspomnienie zmarłej żony sprawiło, że posmutniał. Temat nagłego odejścia mamy był przez ojca skrzętnie pomijany, jakby droga Ewcia nadal spokojnie pracowała w swoim gabinecie, jakby nic się nie zmieniło. A przecież zmieniło się wszystko. Biedny tata, niby wojskowy, „szczur”, „trep”, czy jak ich tam jeszcze ludzie nazywają, a jednak bezradny w obliczu śmierci, żałoby i życia bez swojej drugiej połowy, a może bardziej pod jej dyktando. Kiedy zabrakło Ewy Kotarskiej, myślałam, że podąży za nią do grobu. Na szczęście od pół roku było z nim lepiej.

– A właściwie gdzie jest Gabrysia? – zmieniłam temat.

– Władzia zabrała ją do Książnicy Zamojskiej na spotkanie z naszym słynnym bajkopisarzem, Zbigniewem Dmitrocą. Dzieci podobno są zachwycone tym jego teatrzykiem z teczki czy walizki… jakoś tak, grunt, że czasem miejsc brakuje, bo chętnych pociech jest tak wiele. Ale Władzia załatwiła, bo pracowała tam od początku, jeszcze w dawnym budynku, pamiętasz?

Skinęłam głową. Biblioteka znajdowała się wtedy w starej synagodze. Teraz mieściła się w nowoczesnym budynku przy ulicy Kamiennej. Pani Władzia była sympatyczną bibliotekarką, która wprowadziła się niedawno do domu po zmarłej cioci, przy naszej ulicy. W ten sposób tata zyskał sympatyczną sąsiadkę w swoim wieku, z którą mógł porozmawiać, gdy czuł się samotny.

Zapisałam Gabrysię do przedszkola w Zamościu. Zaprowadzali ją i odbierali na zmianę dziadzio Walery i pani Władzia, którą bardzo polubiła. Zresztą Gabrysia jako mała przylepa lgnęła od niemowlęcia do ludzi i niewielu było takich, którzy nie poddali się bez reszty jej urokowi. Gabrysia wyglądała jak aniołek: miała kręcone blond włoski, chabrowe oczęta otoczone wachlarzem ciemnych rzęs i różowe usteczka. Była malutka jak krasnalek, ale zwinna i szybka jak… ta nieszczęsna ryjówka Mariolka – zaśmiałam się w duchu i znowu potwornie zatęskniłam za córeczką. Nie widziałam jej stanowczo za długo i chciałam wziąć w ramiona natychmiast!

– To jedźmy po nią! Prosto z Książnicy pójdziemy do parku na lody. Wieczór zapowiada się wyjątkowo ciepły. Co o tym myślisz, tato?

– A ja na to jak na lato! – odpowiedział radośnie emerytowany wojskowy i pobiegł do swojego pokoju, przebrać się w wyjściowe ciuchy.

Spojrzałam podejrzliwie w okno. Nie siedział na nim żaden kruk od Arabelli, ale postanowiłam zachować czujność.

W międzyczasie wystukałam krótkiego esemesa do Krisa:

„Zajechałam bez problemów. Wszystko ok. Jak tam spotkanie?”

„Jest jeszcze głośniej niż wcześniej! – odpisał. – Obejrzeliśmy film i atmosfera jest napięta…”

„Trzymaj rękę na pulsie i pisz…”

„Ok. Pa”.

– Jestem gotowy! – powiedział Walery „Sławek” Kotarski. Pachniał na kilometr wodą toaletową.

Ktoś tu poczuł wiosnę… – pomyślałam.

 

W samochodzie tata z zapałem opowiadał mi o najnowszych odkryciach ornitologicznych, które miały miejsce podczas mojej nieobecności. Oprócz hodowli i dokarmiania ryjówki obserwował także ptaki. Miał na ten temat wiele do powiedzenia.

– Znaleźliśmy z Gabrysią gniazdo czajki i złożone w nim jajka! – raportował. − Piękne!

– Ale chyba niczego nie ruszaliście?

– Ależ skąd! – obruszył się. – Tylko zrobiłem zdjęcie na pamiątkę, mam w telefonie… O, tu…

Podsunął mi pod nos.

– Rzeczywiście, wspaniałe… – Nic z daleka nie widziałam, ale wierzyłam mu na słowo. – A skąd wiesz, że złożyła je właśnie czajka?

– Ha! Były w kształcie gruszkowate i ułożone „w koniczynkę”…

– W co?

– No, przecież widać jak na dłoni. – Ponownie podsunął mi pod nos telefon w chwili, gdy zmieniałam pas. Rozzłoszczony kierowca, któremu zajechałam drogę, nacisnął klakson. Tata aż podskoczył w fotelu i omal nie wypuścił z rąk telefonu. Na szczęście byliśmy prawie na miejscu. Po chwili zaparkowałam samochód na parkingu pod biblioteką.

Tato z ulgą odpiął pasy. Był mężczyzną solidnej budowy ciała i z trudem mieścił się w samochodzie.

– Pokaż ten telefon… – Powiększyłam zdjęcie i dopiero teraz zrozumiałam porównanie. Cztery nakrapiane jajeczka o podłużnym kształcie leżały w gnieździe, tworząc listki czterolistnej koniczyny. Uśmiechnęłam się na ten widok. Moi kochani odkrywcy!

– Wiesz, że gniazdo wygrzebuje samiec czajki? – poinformował mnie tata. Jako osobnika płci męskiej chyba rozpierała go z tego powodu duma.

– Skąd to wszystko wiesz?

– Kupiłem parę atlasów ptaków i codziennie przeglądamy je z Gabrysią. Wiemy coraz więcej. Świat ptaków jest fascynujący! Ale także owadów. – Wyjął mi z ręki telefon i szukał jakiegoś zdjęcia. Przez otwartą szybę samochodu wpadało do środka wiosenne powietrze.

– O, właśnie dzisiaj rano maszerowało po kuchennym blacie takie oto stworzonko… − Palcami powiększył zdjęcie i podsunął mi pod nos.

– A fuj! Co za paskudztwo. – Odsunęłam telefon z obrzydzeniem. – Wygląda jak karaluch!

– Też tak myślałem, ale karaluchy chyba nie latają. – Zamyślił się. – Chciałem to coś wynieść na śmietniczce na dwór, to wystrzeliło w górę i poleciało. Raczej jakiś chrząszcz, a może świerszcz? Zobacz, jaki piękny. Jak to matka natura wszystko urządziła. Perfekcyjnie! Te pancerzyki na końcach czułek, nóg i odwłoka są w błękitnym kolorze – ekscytował się.

Osobiście wolałam, żeby jednak poprzestał na obserwacji ptaków.

– Później zobaczę, teraz może już chodźmy. – Wyciągnęłam kluczyki ze stacyjki.

Tata wygramolił się z samochodu, głośno posapując. Miał lekką nadwagę, ale z pewnością podczas tych dwóch tygodni spędzonych sam na sam z wnuczką zgubił parę kilogramów. Gabrysia nie umiała ustać w miejscu i zmuszała wszystkich do przełajowych biegów, co mogło albo zabić, albo wyjść na zdrowie. Miałam nadzieję, że w przypadku taty będzie to ta druga opcja.

 

ROZDZIAŁ 4

W Książnicy Zamojskiej trwał V. Zamojski Festiwal Książki. Niebawem miała się rozpocząć kolejna Biesiada Literacka i do Galerii Ekslibris na drugim piętrze płynęła fala czytelników. W oddziale dziecięcym trwało spotkanie z Dmitrocą i zza drzwi dochodziły wesołe okrzyki dzieci. Ojciec uchylił je i dostrzegł panią Władzię, która na nasz widok rozpromieniła się i przywołała ręką, wskazując na wolne miejsce obok siebie i Gabrysi. Tata zwinnie przecisnął się do nich i już siedział obok zapatrzonej w pana Zbigniewa wnuczki. Mała nie zauważyła mnie, więc postanowiłam zaczekać na nich w holu.

Wnętrze biblioteki pachniało książkami. Było miło i przytulnie. A może wypożyczę sobie jakąś książkę? Poczułam wielką ochotę na zanurzenie się w banalnym, lecz cudownie odprężającym czytadle. Skierowałam kroki do wypożyczalni, ale zatrzymałam się w porę i ukryłam za filarem. Teraz przydało się to, że byłam chuda. W drzwiach wejściowych zobaczyłam nagle wujka Bogumiła. Nie miałam ochoty spotkać się z ogarniętym politycznym szałem ojcem chrzestnym. Bogumił na szczęście mnie nie zauważył. Energicznym krokiem wspinał się po schodach. Pod pachą trzymał jakąś książkę i to wydało mi się dziwne. Nie należał do zbyt ambitnych czytelników. Cała rodzina wiedziała, że Bogumił uznawał za arcydzieło wszechczasów jedną książkę, a mianowicie Rozstaje Jerzego Putramenta. Dlaczego właśnie tę książkę, nie wiedziałam, bo nigdy zbytnio nie zajmowałam się gadaniem wujka Bogumiła. Czułam, jak budzi się we mnie instynkt detektywa. Ostrożnie wyjrzałam zza filaru i podążyłam za wujem.

Galeria Ekslibris znajdowała się na drugim piętrze Książnicy Zamojskiej. W środku znajdowała się już spora grupa ludzi. Nie było tłoku i z daleka dostrzegłam pulchną sylwetkę wuja Bogumiła, który zasapany wspinaczką po schodach i z racji swojej tuszy, zasiadł w pierwszym rzędzie i wycierał czoło i łysinę kraciastą chusteczką. Podróż na drugie piętro w taki upalny dzień jak dzisiaj była dla niego prawdziwym wyzwaniem. Był stryjecznym bratem mojej mamy, ale w tej chwili przypominał z postury raczej swojego szwagra, a mojego tatę. Obaj panowie serdecznie się nie lubili… Czterdzieści lat temu, na prośbę mojej mamy, wuj zapomniał na chwilę, że jest ateistą, i bohatersko przypalił dla mnie chrzcielną świecę. W dorosłym życiu zabronił mi o tym wspominać. Byłam – jak mawiał – jego chodzącym wyrzutem sumienia. Czarę goryczy przelał potem Kryspin, oświadczając ojcu, że jest gejem. Wuj nie wiedział jedynie, że to już nieaktualne, ale chyba wiedzieć nie chciał. Podejrzewałam, że jest mu na rękę, że nie musi się o nikogo troszczyć ani nikim zajmować. Wiedział doskonale, że Kris mieszka u mnie i pracuje w mojej agencji, ale postawił na nim przysłowiowy krzyżyk i nie zamierzał się wycofać. Nigdy nie wiedzieliśmy, co aktualnie przyjdzie mu do głowy.

Bogumił wiercił się niespokojnie na krześle. Nie chciałam, żeby mnie teraz zobaczył, ale zaryzykowałam, bo ciekawość była silniejsza.

Przesunęłam się parę krzesełek w bok. Miałam przed sobą centralne miejsce spotkania autorskiego. Na stoliku stała przygotowana dla gościa szklanka i butelka wody mineralnej. Za stolikiem wisiał plakat informacyjny, który głosił czarno na białym, że gościem V. Zamojskiego Festiwalu Książki 2015 jest Michał Rawicz, autor książki wspomnieniowo-biograficznej pt. WiNny?

Coś ścisnęło mi gardło i poczułam mrowienie w brzuchu, a przed oczami zamigotały mi ciemne plamy. Lada moment, zupełnie nieoczekiwanie, miałam zobaczyć mężczyznę, który gościł w moich snach, bez którego moje życie od wielu lat było przerażającą tęsknotą, rozpaczą, a czasem szaleństwem. Starałam się opanować, lecz bez rezultatu. Takiego scenariusza zdarzeń zwyczajnie nie przewidziałam.

– Dobrze się pani czuje? – zapytał siedzący obok mężczyzna.

– Tak, oczywiście, to tylko przez ten upał… – Uśmiechnęłam się, a nieznajomy skinieniem głowy przyznał mi rację.

– Może wody?

– Poproszę…

Mężczyzna zerwał się z krzesła i gdzieś na chwilę zniknął. Po chwili wręczył mi z uśmiechem plastikowy kubeczek wypełniony lodowatą wodą.

– Tylko ostrożnie, bardzo zimna – ostrzegł, wręczając mi go.

Wypiłam duszkiem. Nie miałam ochoty na rozmowę i na moje szczęście pojawiła się jakaś pani, która odciągnęła ode mnie usłużnego pana. Przeszli do przodu i usiedli w pierwszym rzędzie, obok wuja Bogumiła. Widziałam ich jak przez mgłę i myślałam tylko o jednym: Michał nie może mnie zobaczyć. Nie teraz! To ja miałam rozdawać karty, jak zawsze…

Woda ocuciła mnie. Przesunęłam krzesło za kolumnę w chwili, gdy gdzieś za mną uchyliły się drzwi i rozległy głosy. Na szczęście nie byłam podobna do kobiety, którą Michał pamiętał. Moją bladą twarz okalały teraz krótko ścięte ciemne włosy. Po bujnej blond fryzurze dawno nie było już śladu. Poza tym bardzo schudłam. Z daleka mnie nie pozna… I czy w ogóle czasem o mnie myśli?

Znieruchomiałam na swoim miejscu. Ktoś przeszedł obok mnie, pomiędzy krzesełkami. Ktoś inny otworzył okno. Zrobił się przeciąg. Poczułam zapach kobiecych perfum i męskiej wody toaletowej. Dopiero po chwili podniosłam wzrok.

Przy stoliku stała wysoka bibliotekarka w eleganckim, pastelowym kostiumie, opinającym zgrabnie jej sylwetkę. W pierwszym rzędzie dostawiono krzesło, na którym usiadł starszy pan wsparty na lasce. Miał na sobie wojskowy mundur z biało-czerwoną opaską, z widniejącymi na niej literami AK-WiN. Szukałam wzrokiem Michała, lecz nigdzie go nie było. Obok bibliotekarki stał co prawda mężczyzna w średnim wieku, ale to nie mógł być on. Długie blond włosy, związane na karku, sięgały mu niemal do pasa. Równie długa broda opadała mu na piersi, zapleciona w warkoczyk. Wyglądał jak wiking, który wyszedł na brzeg, by palić i rabować. Zza nieładnych, czarnych oprawek okularów spoglądały na widownię przygaszone niebieskie oczy. Zadrżałam. Bibliotekarka przystąpiła do prezentacji, lecz dla mnie nie miało to już znaczenia…

– Dzień dobry, serdecznie witam państwa w ostatnim dniu Zamojskiego Festiwalu Książki. Naszym gościem jest dzisiaj pan Michał Rawicz, autor bardzo interesującej książki zatytułowanej WiNny?.

Nie słuchałam. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Michał ani trochę nie przypominał mężczyzny, który przed pięcioma laty zamknął za sobą szpitalne drzwi na oddziale ginekologiczno-położniczym w Lublinie. Wtedy widziałam go po raz ostatni. Wtedy obiecałam i sobie, i jemu, że nasze drogi nigdy więcej się nie przetną. Wtedy także postanowiłam, że przestanę go kochać. Nie udało mi się.

Czas stanął w miejscu i zapomniałam, że przyszłam tu za wujem Bogumiłem. Z oddali dochodził do mnie głos bibliotekarki:

– W swojej książce pan Michał Rawicz przedstawia nieznane fakty z życia, walki i domniemanej śmierci Piotra Lenartowicza, pseudonim „Butny”, i ludzi tamtych czasów. Nie udało nam się spotkać 1 marca w Dniu Żołnierzy Wyklętych, jednak udało się dzisiaj. Zanim oddam głos autorowi, wyjaśnię krótko, co kryje się w tytule książki. Otóż – wskazała trzy pierwsze litery i znak zapytania w tytule WiNny? – pisownia ta nie jest przypadkowa i oznacza, jak państwo z pewnością wiecie, skrót powstałej krótko po wojnie organizacji Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość – WiN…

Wuj Bogumił zerwał się z miejsca i wyskoczył na środek Galerii Ekslibris z uniesioną w górę książką Michała.

– Zrzeszenia Bandytów i Morderców! – zagrzmiał na całą salę. – Ta książka – potrząsał nią nad głową – to wierutne brednie i kłamstwa bez pokrycia…

– Ależ proszę pana! Proszę przestać… – oburzyła się bibliotekarka. Za nią podniosły się inne głosy, nawołujące do spokoju. Bez skutku. Bogumił, uzbrojony w dziejową nienawiść, dopiero się rozkręcał.

– Pana dziadek nie był żadnym bohaterem, tylko zwykłym bandytą! – krzyczał.

– Jak śmiesz! Jeszcze jedno słowo, a nie ręczę za siebie… – Starszy pan wymierzył laską w wuja Bogumiła.

Podniósł się z krzesła zbyt szybko. Laska poślizgnęła się na podłodze i mężczyzna stracił równowagę. Michał podskoczył i przytrzymał go, zanim starszy pan osunął się na ziemię, ale okrzyk bólu świadczył o tym, że jednak się uderzył. Co gorsze, chyba stracił przytomność, bo ludzie otaczający go wianuszkiem zaczęli nawoływać, że należy wezwać karetkę. Ktoś wyjął komórkę i wystukał numer.

Tłum uczestników spotkania autorskiego zasłonił Michała. Z daleka nie widziałam wiele, przez chwilę wśród pochylonych nad staruszkiem ludzi dostrzegłam jego głowę. Bibliotekarka załamała ręce. Patrzyła groźnie za Bogumiłem, który zwyczajnie stchórzył i wycofywał się właśnie w kierunku wyjścia. Na schodach niemal zderzył się z moim tatą. Spojrzeli na siebie zdziwieni i natychmiast każdy ruszył w swoją stronę. Bogumił po schodach w dół, a Walery na górę.

– Co tu się dzieje, na Boga? – zapytał tata. – I co tutaj robi Bogumił?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo na piętro wbiegła moja Gabrysia i jak mały, wirujący bączek przypadła do mnie, piszcząc z radości. Złapałam ją na ręce i mocno przytuliłam. Spadło na mnie chyba tysiąc pocałunków, które starałam się w równie szybkim tempie oddawać. Kiedy na świat mają przyjść nasze dzieci, martwimy się i boimy, jak to później będzie, a gdy już są, nie wyobrażamy sobie życia bez nich. Ja też nie mogłam sobie czegoś takiego wyobrazić.

Teraz na schodach pojawiła się pani Władzia. Była sporej tuszy, ale poruszała się z gracją, niczym niezapomniana Danuta Rin. Po chwili, głośno oddychając i wachlując się dłonią, stanęła obok taty.

– Spotkanie z Michałem Rawiczem już się skończyło? – zapytała z żalem w głosie, rozglądając się dookoła. – A tak chciałam go poznać…

– To Michał pisze książki? – Tata spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony.

– Znacie pana Rawicza? – Zdziwiła się z kolei pani Władzia.

–To raczej Majeczka go zna… a raczej znała – chrząknął zmieszany.

– A co się właściwie stało? – Pani Władzia dopiero zauważyła zamieszanie.

– Starszy pan, który przyjechał razem z Michałem, nagle zasłabł, gdy wuj Bogumił zaczął wykrzykiwać coś o bandytach z AK – wyjaśniłam obojgu.

– No tak, skoro był tu Bogumił, nie mogło się skończyć inaczej – stwierdził tata.

Pani Władzia wyciągnęła głowę, by coś zobaczyć, ale była zbyt niska. Na salę wbiegli tymczasem ratownicy medyczni, ułożyli starszego pana na noszach i ruszyli w kierunku wyjścia. Odwróciłam się, gdy Michał w asyście pielęgniarzy biegł przy noszach i niemal zderzył się z moim tatą. Walery Kotarski miał doskonałą pamięć, lecz nie od razu go poznał.

– Ten… taki… z tą… – Ojciec wykonywał dziwne ruchy dłonią w okolicach brody. Nie mógł znaleźć właściwego określenia, by opisać szokujący wygląd mojego dawnego narzeczonego. Pamiętał go jeszcze z liceum jako grzecznego, krótko ostrzyżonego nastolatka. Istotny był także fakt, że wojskowa natura ojca nie wykazywała zrozumienia dla dłuższych niż na pół zapałki włosów. A bród i wąsów po prostu nie znosił. Od kiedy pamiętam, jego twarz była gładka jak pupcia niemowlaka. Gdyby nie okoliczności, może nawet uznałabym tę sytuację za zabawną.

– Tak, tato, ten z brodą to Michał – przyznałam.

Przez ostatnie parę minut zdołałam przyjąć metamorfozę Michała do wiadomości, ojciec był w szoku i trudno było mu się dziwić. Mrucząc coś pod nosem, podszedł do okna i obserwował karetkę. Gabrysia zsunęła się z moich rąk i podbiegła do dziadka. Taka sama karetka na sygnale podjechała dwa lata temu pod nasz dom przy ulicy Myśliwskiej w Zamościu.

– Czy ten pan umrze, jak babcia Ewa? – zapytała Gabrysia przez łzy, jakby czytając w moich myślach.

– Nie, kochanie, wszystko będzie dobrze – zapewniłam.

Takiego finału spotkania autorskiego z pewnością nikt się nie spodziewał.


 

ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz