WRZESIEŃ 2009
ROZDZIAŁ 1
Ania
Wnętrze kancelarii notarialnej przy ul. Miodowej odurzało zapachem luksusu. Siedziałam w skórzanym fotelu, bezsilnie zaciskając na jego poręczy zimne od potu dłonie. Przede mną, w błyszczącej powierzchni stołu odbijał się spiczasty podbródek notariusza. Dokładnie zapamiętałam rysy jego twarzy, obojętny wzrok i blade usta poruszające się w takt wypowiadanych słów. Błyskając rzędem białych zębów, odczytał najeżony paragrafami akt notarialny. Kątem oka spojrzałam na męża. Siedział obok, poruszając nogą w rytm radosnej uwertury rozbrzmiewającej mu w głowie. Nie miałam dość siły, by spojrzeć mu w oczy. Wiedziałam, że maluje się w nich dzika satysfakcja z wygranej. Znowu był górą. Cienka granica między miłością a nienawiścią zatarła się w mojej duszy na dobre, pozostawiając bliznę w kształcie szkaradnego kleksa.
– Proszę podpisać – gorzkie myśli przerwał flegmatyczny głos notariusza. Czarne robaczki na oślepiającym bielą dokumencie odtańczyły szalony taniec. Prócz drżenia rąk walczyłam z gwałtownie wzbierającymi pod powiekami łzami. Od fałszywej, ale jednak wolności, dzielił mnie jedynie mały krok.
– Proszę, kochanie – prawie „były” mąż usłużnie podał pióro, które wypadło mi z dłoni. Chwyciłam je ponownie i drewnianymi palcami podpisałam zobowiązanie.
– To wszystko – blade usta drgnęły z wymuszoną uprzejmością. Mobilizując wszystkie siły, wstałam z fotela. Odruchowo dotknęłam szyi, szukając niewidzialnej pętli, dławiącej mi oddech.
– Szerokiej drogi, kochanie – w dłoni wylądowały kluczyki od samochodu. – Jedź ostrożnie – zadrwił.
Na drewnianych nogach przeszłam gabinet. Miękki dywan niczym ruchome piaski zapadał się pod stopami. To kolejne złudzenie, czy nowa, perfekcyjnie przygotowana zasadzka? Tonęłam. W górze, nad otwartą jeszcze mogiłą, z szyderczym uśmiechem stał mężczyzna, którego kiedyś kochałam. W jego spojrzeniu nie dostrzegłam litości. W dłoniach trzymał kanciasty kamień, który podniósł i z rozmachem nim uderzył…
– Nieeeeee! Usiadłam na łóżku, zasłaniając ramionami głowę. Dopiero po chwili, na oślep, uciszyłam natarczywy dźwięk budzika. Od dwóch lat godziłam się na ten rozdzierający dźwięk, bojąc się, że delikatny sygnał nie będzie w stanie wyrwać mnie z koszmaru, który śniłam niemal każdej nocy. Szparkami zlepionych snem powiek wpatrywałam się w tarczę zegara. Szósta. Jesienne słońce połaskotało mnie w twarz. Byłam bezpieczna.
Od chwili powrotu na stare śmieci rozpoczynałam każdy kolejny dzień od spoglądania na świat przez szyby rodzinnego domu. Okno wychodziło na zachód. O poranku wieś Lipsko malowniczo wyłaniała się spośród otaczających ją zewsząd roztoczańskich lasów. Podmokłe łąki pachniały mieszaniną polnych kwiatów, traw i bagna. Bliżej zabudowań piaszczysta wyboista droga wiła się serpentyną w kierunku sąsiedniej wsi Brzeziny. W przeciwną stronę podążała asfaltówka łącząca ten kraniec wsi z tzw. cywilizacją: Urzędem Gminy, szkołą, kościołem, minimarketem „Szarotka” i położoną tuż za nimi wsią Doliny.
Pobiegłam na palcach do łazienki, by zetrzeć z oczu resztki snu. Odkręciłam kurek z zimną wodą. Mokrymi rękami dotknęłam rozpalonej twarzy. Z lustrzanego odbicia spoglądała na mnie blada twarz z podpuchniętymi oczami. Mokra grzywka zasłaniała wysokie czoło i cienką linię brwi. Włosy ciemne, proste, sięgające ramion. Drobne piegi na nosie i wyraziście zielone, kocie oczy. Oto cała ja. Anka Jabłońska. Lat 27. Prawie rozwódka. Z bolesną przeszłością. Nijaką teraźniejszością. Bez przyszłości…
Wróciłam do pokoju, po raz kolejny uświadamiając sobie fakt, że rodzice przez siedem lat niczego w nim nie zmienili, jakby przeczuwając, że wrócę. Ogromny plakat z uwodzicielską miną mojego idola z czasów liceum, lekko tylko wyblakły, wisiał nad łóżkiem jak przed laty. Lalka, którą babcia podarowała mi na piętnaste urodziny, ku uciesze całej rodziny, spoglądała szklanymi oczami spomiędzy kolekcji kolorowych poduszek w kształcie serca. Na półce ulubione książki, które znałam na pamięć. Obok wygodny, głęboki i cudownie miękki fotel, w którym jako nastolatka o romantycznym usposobieniu tonęłam w marzeniach. Na ścianie słoneczniki, ulubione kwiaty, w kiczowatych, błyszczących ramach obrazu. Patrząc na odzyskaną po latach namiastkę dzieciństwa obecną w przedmiotach wypełniających mój stary pokój, zadawałam sobie pytanie, dlaczego postanowiłam zrobić ten jeden, nierozważny krok w przepaść. Odpowiedź była zawsze ta sama, niezmienna i ohydnie banalna: zakochałam się.
Wszystkie moje plany wzięły w łeb, gdy poznałam Mirka. W oczach nastolatki, którą wówczas byłam, zwyczajnie nie miał wad. Taki fart mógł zdarzyć się tylko raz i nie chciałam go przegapić. Nie przeszkadzało mi nawet, że jest ateistą, chociaż dorastałam w rodzinie katolickiej i gdzieś w podświadomości, jak każda młoda dziewczyna, marzyłam o białym ślubie przed ołtarzem. Mirek uważał, że to zabobon i ciemnota. Dwa razy starszy ode mnie, zawrócił w głowie dojrzałością, mądrością i romantycznym usposobieniem. Oświadczył się tuż po mojej maturze i bez chwili wahania powiedziałam „tak”. Rodzice i dziadkowie, a zwłaszcza ukochana babcia, byli przeciwni naszemu małżeństwu.
– A te wiejskie wesela! – Śmiał się, gdy rodzice, usiłując wyjść naprzeciw mojej decyzji, chcieli nam je wyprawić. – Wybacz kochanie, ale to nie dla nas. Pokażę ci świat, jakiego nigdy nie znałaś… Dotrzymał słowa.
Drzwi szafy skrzypnęły głośno i przeciągle. Włożyłam ulubiony kostium i paroma szybkimi ruchami grzebienia upięłam włosy w wygodny koński ogon. Najprzyjemniejszy moment dnia miałam wciąż przed sobą. Poranna kawa w towarzystwie rodziców i dziadka była tym, co lubiłam najbardziej.
Jako nieodrodna córka tatusia przejęłam podobno wszystkie introwertyczne geny Macieja Jabłońskiego. Potężna postura ojca przypadła w spadku mojemu bratu, pozostawiając mi kruchość mamy z lat wczesnej młodości. Po trzydziestu sześciu latach małżeństwa wiotka sylwetka Stefci przyjemnie się zaokrągliła. Mama głośno nad tym bolała, tato wydawał się zadowolony.
– Kochanego ciała nigdy za wiele – mówił, przyciskając ją do ściany, za co najczęściej obrywał ścierką, lecz wprawiona w dobry humor żona porzucała niemal natychmiast myśl o przeprowadzeniu drastycznej diety cud, z ulgą oddając się kulinarnym rozkoszom.
– Skoro kocha mnie taką, jaka jestem – rumieniła się – przygotuję coś pysznego. Zawsze dotrzymywała słowa.
Mój starszy o dziewięć lat brat wyssał z mlekiem mamy jej spontaniczność, gadatliwość i umiejętność pakowania się w kłopoty. Podobieństwo charakterów matki i syna powodowało lawinę nieporozumień, która z czasem weszła w etap wojny podjazdowej. Sebastian unikał mamy, a ona nie ustawała w narzekaniu i pomstowaniu, jakiego to potwora wypuściła z własnego łona. Wszyscy wiedzieliśmy, że to pozory. Syndrom opuszczonego gniazda odczuła dotkliwie wcześniej, niż mogła przypuszczać. I nie tylko Sebastian był temu winien. Także ja, jej mała Ania, boleśnie ją zraniłam, opuszczając rodzinne gniazdo w wieku zaledwie osiemnastu lat.
Dziadek Tadeusz jeszcze nie wstał. Gdyby było inaczej, toczyłby z synową kolejną, zażartą dysputę na temat zdrowia. Jej echo rozchodziło się każdego niemal poranka w całym domu. Byłam pewna, że drewniane ściany stuletniego siedliska Jabłońskich chłoną te słowne potyczki z prawdziwą rozkoszą. Uwielbiałam dziadka. Gdy byłam mała, zabierał mnie na obrządek i uparcie twierdził, że jestem jego małą gospodynią i to właśnie ja przejmę kiedyś gospodarstwo. Karmiłam z nim kury i świnki. Zaglądałam do żłobu Mućki, piłam mleko świeżo po udoju i podtrzymywana przez dziadka wsiadałam na grzbiet Kuby, naszego konia. Lubiłam wyprawy furmanką po zboże, i dropsy, które dziadek kupował dla mnie w sklepie spożywczym. W domu moją ulubioną zabawą było huśtanie na gumiaku, kiedy dziadek Tadeusz siadał na krześle i wymachiwał nogą, na której siedziałam. Mówił na mnie wtedy „Siurusia”, bo zawzięcie moczyłam tetrowe pieluchy i unikałam nocnika.
Nawet chwilowy powrót do wspomnień z wczesnego dzieciństwa ładował mi baterie na cały dzień. Już zupełnie spokojna pościeliłam łóżko i zeszłam na dół.
***
– Jak się spało? – Mama na mój widok mechanicznie postawiła na stole dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą.
– Dobrze – skłamałam. – Poproszę mleko.
– Zjadłbym coś – sapnął ojciec, ciężko siadając przy stole. Pachniał wiatrem i zwierzętami, które z troską oporządzał. Ranki na wsi zaczynały się bladym świtem.
– Pierogów ci odsmażę – odpowiedziała przymilnie mama, z gracją podchodząc do kuchenki. – Na czerwono, tak jak lubisz. – Tato wymownie spojrzał w moją stronę. Oboje domyślaliśmy się, skąd ta uległość. Rachunek telefoniczny przyniesiony wczoraj przez listonosza opiewał na sporo za dużą sumę i Stefcia Jabłońska usłyszała od małomównego zazwyczaj męża soczystą litanię na powyższy temat.
Telefoniczne rozmowy były jednym z ulubionych zajęć mojej matki. Drugą pasją, na którą ojciec chętniej przymykał oko, było namiętne słuchanie jej ulubionej stacji radiowej. Stefcia Jabłońska znała ramówkę na pamięć. Z czasem dostosowała rozkład domowych obowiązków tak, by nie ominęło jej nic godnego uwagi. Budziła się z radiem i z nim zasypiała.
– „Gorące serca zwalczą mróz” – burczał ojciec, wychodząc z domu na obrządek, pozostawiając zasłuchaną żonę w objęciach ukochanych fal radiowych. Mama zaopatrzona w pilota, którego dostała ode mnie na urodziny, podkręcała odbiornik, zastygając w bezruchu nad garnkiem z zupą, by nieopatrznym ruchem nie zagłuszać cudownego tembru głosu prezentera.
Przy radiu pracowała i relaksowała się. Uwielbiała muzyczne wspominki, piosenki znane z młodości i rozmowy z gośćmi. Nieraz zastawałam ją, gdy w pląsach przemierzała kuchnię wtulona w trzonek od miotły jak w tors niewidzialnego tancerza. Zawsze bolała nad tym, że Maciej, chociaż porządny i dobry, nie gustuje w zabawach i wiejskich potańcówkach. Nie dał się wyciągnąć nawet na Sylwestra raz w roku, przedkładając ten czas na godziwy i spokojny wypoczynek przed telewizorem. Żal mi było mamy, która ukradkiem ocierała łezkę w kąciku oka, zasłuchana w hit sprzed kilkudziesięciu lat swojego ulubieńca, wciąż popularnego K.
– Złota, polska jesień – westchnęła. – Do południa lekkie zachmurzenie, ale przejdzie – wyjrzała przez okno, nie przestając smarować masłem kromki chleba. –Widzę, że niespieszno ci do pracy – spojrzała uważnie.
– Niespieszno – przyznałam, upijając łyk porannej kawy.
– Pierwsze koty za płoty –– pocieszała. – To całe rozpoczęcie długo nie potrwa, a zanim wrócisz, przygotuje ci coś smacznego na poprawę humoru. Co byś chciała?
–Zastanowiłam się.
– Jabłecznik według przepisu babci Helusi. Mogłabyś?
– Pewnie! Jabłek pod dostatkiem w sadzie leży. Nazbieram i zrobię tak jak lubisz.
– Dzięki, mamuś. Już mi lepiej – przyznałam.
– Ktoś tu o jabłeczniku mówił, czy na słuch mi padło? – zapytał dziadek Tadeusz, wchodząc do kuchni.
– Słuch u tatusia nie do zdarcia! – zaśmiała się mama. – Jabłecznik dzisiaj na obiad, taki jak mama gotowała.
– To się chwali – pokiwał głową – chociaż za owocowymi zupami to ja nie przepadam – skrzywił się dziadek. – A na drugie co?
– A co by tatuś chciał?
– Bigosik, Stefciu. Zrobiłabyś?
– Ale nietłusty, bez zasmażki, bo jeszcze zaszkodzi.
– Ojciec uśmiechnął się pod nosem, odstawił talerz i bez słowa wyszedł na podwórko. Doskonale znał żywieniowy repertuar małżonki. Sam cierpiał od miesięcy na brak kofeiny we krwi, której z całą stanowczością zabroniła mu spożywać, podsuwając zbożówkę, której nie cierpiał. Skutkowało to jedynie pozornie. Widziałam nieraz, jak ojciec, korzystając z nieobecności żony, co rusz zaglądając do okna, czy nie wraca, na stojąco uzupełniał braki smolistą zalewajką.
– Tfuu! – skrzywił się dziadek. – To powiedz od razu, że kapustę mi udusisz i w wodzie zagotujesz. I to mam być bigos?! – rozzłościł się.
– A tatuś co myślał? –– obruszyła się. – Że morderstwa na jego wątrobie się dopuszczę? Nie wolno i tyle. Lekarz zabronił.
Wyciągnęła z szafki pokaźny koszyczek z tabletkami. Dziadek skrzywił się, ale bohatersko przełknął garść medykamentów.
– Pamiętam – uśmiechnął się szeroko – jak zakładaliśmy kuchnię w schronie. Tym nad rzeką – szepnął konspiracyjnie. – Wszystko tam mieliśmy: piecyk żelazny z dwoma fajerkami stał, na nim czajnik, po trzy talerze, miski, łyżki, widelce i kubki, bo trzech nas było: Ja, „Butny” i taki jeden Jasiek, co miał pseudo „Perełka”, bo i jedyny w swoim rodzaju wariat z niego był – zaśmiał się.
– A ty, jaki miałeś pseudonim?
– „Kapral”. W czasie wojny należałem do oddziału „Polakowskiego”, a jak zmienił się okupant, przeszedłem pod komendę „Butnego” – wyjaśnił. – Ubecja po piętach nam deptała, ale „Butny” umiał się psubratom zawsze wymknąć. W okolicy aż huczało od historii, że „Butny” pewnie samolotem lata, bo nie nadążają za nim jeździć! Wysportowany był jak mało kto. Pokonywał kilkadziesiąt kilometrów dziennie i pojawiał się w coraz to innych miejscach na terenie trzech powiatów. Ubecy to już skłonni byli w czary uwierzyć, a prawda była taka, że „Butny” pokonywał tę trasę na różne sposoby: konno, na nartach, na łyżwach lub na rowerze, w zależności od pory roku. Nigdy nie pozostawał długo w jednym miejscu.
– A schron?
– Jeśli się dało, zostawaliśmy w nim dłużej z zachowaniem ogromnych środków ostrożności. Czuwaliśmy na zmianę. Taki schron to był skarb, a nieraz bywało, że ledwie go skończyliśmy, a tu trzeba było się wynosić, bo jak szpicel jakiś doniósł, to wojsko pod każdy krzak zaglądało i nie było wyjścia. Znowu w drogę.
– W tym nad rzeką długo posiedzieliście?
– Udało się prawie do samych świąt przeczekać, chociaż na koniec ledwie z życiem uszliśmy. Jesień akurat była. Koniec listopada. Miejsce wydawało nam się bezpieczne i zaczęliśmy kopać. Dwa tygodnie trwało zanim kilofami ziemię przeoraliśmy. Potem szalunek, maskowanie zasadzonymi drzewkami i gotowe. Ale o pustym brzuchu wojaczka nietęga! „Butny” polował, a ja z „Perełką” załatwiliśmy wieprzka, metr mąki, ziemniaków i 30 kilo cukru. Wodę mieliśmy pod nosem. Gotowaliśmy na spółkę, ale nie chwaląc się, mnie najlepiej to wychodziło. „Butny” śmiał się, że się w tym schronie marnuję i trzeba mnie wysłać na wyższy kurs gotowania!
– A co tam tatuś gotował? –– zainteresowała się mama, siadając przy stole.
– Różnie to bywało: krupnik, lane kluski, a najczęściej bigos.
– O! To ja tatusia zaraz zatrudnię –– zaśmiała się.
– A pewnie, że mogę. Stare czasy sobie przypomnę. Ech... Ile to już lat –– pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Dziadku, a jak was w tym bunkrze wytropili? Ktoś doniósł?
– Całkiem przypadkiem to wyszło. Trochę zawiniliśmy sami, bo schron był wygodny i w dobrym miejscu. Jama sześć na cztery metry i głęboka na dwa. Dobrze się nam mieszkało i chyba zaczęliśmy traktować go bardziej jak dom, niż leśną ziemiankę.
– Jak to człowiekowi czasem mało do szczęścia potrzeba –– westchnęła mama – byle miał gdzie głowę przytulić.
– Takie są prawa wojny – przyznał dziadek. – Nie docenisz tego, co masz, póki na własnej skórze nie odczujesz.
– I co robiliście w tym waszym leśnym domu? – drążyłam.
– Zaczęliśmy go uszczelniać, bo przeciekał. Jak w listopadzie deszcze przyszły, a potem śnieg spadł i topnieć zaczynał, to się wilgoć zrobiła paskudna. Zdobyliśmy wtedy brusy i papę, i dawaj schron pokrywać. Żeby wszystko dobrze było, zaciągaliśmy smołą, a z tego straszny dym szedł nad lasem, że go widać na wiosce było, i jakiś durny chłop na milicję zameldował, że w lesie ktoś samogon pędzi. Nie od razu nas wymacali, ale strach już było siedzieć, bo co rusz po parę samochodów wojska zajeżdżało i przeszukiwali okolicę kawałek po kawałku. Zdecydowaliśmy, że w puszczy przeczekamy, a jak się uspokoi i schronu jakimś cudem nie wypatrzą, to wrócimy. I tak zrobiliśmy.
– Zbudowaliście nowy schron?
– Już nie. Przesiedzieliśmy jakiś czas w opuszczonej chacie. Dłużyły nam się wieczory, to śpiewaliśmy ile wlezie, aż nas chrypka łapała.
– Jak to śpiewaliście? – zdziwiła się mama. –– Przecież mogli was tam znaleźć i wybić!
– Ano mogli – przyznał dziadek – ale jak człowiek młody, to głupi –– zaśmiał się. – Inaczej na wszystko patrzy. A „Butny” piosenek wiele znał. Najbardziej lubił śpiewać Szła dzieweczka do laseczka... – mrugnął do mnie. – Głos miał czysty i silny, aż echo po lesie niosło. Święta się zbliżały, więc i kolędy też śpiewaliśmy, aż nas taka tęsknota za domem i rodzinami ścisnęła, że postanowiliśmy na Wigilię do schronu wrócić i warty rozstawić. „Butny” dzika z tej okazji upolował, i tak wróciliśmy do naszej ziemianki nad rzeką.
–I co? – Przysunęłam się do dziadka, ale zanim zdążył odpowiedzieć, mama podsunęła mi pod nos zegarek.
– Zaraz się spóźnisz na to całe rozpoczęcie i Brożyniec się wścieknie – zagroziła.
– Jedź, Aniu, do pracy – dziadek poklepał mnie po ręce. – Jak wrócisz, to pogadamy. Może jeszcze nie umrę…
– Tylko spróbuj! – pogroziłam mu palcem, na co głośno się zaśmiał.
***
Samochód jak na złość odmówił posłuszeństwa. Zakrztusił się, zarzęził żałośnie i zgasł na dobre. Zegarek wskazywał godzinę 8.00. Rozpoczęcie roku szkolnego wyznaczone na 9.00, ale znając życie, odbędzie się na pewno z lekkim poślizgiem. Dyrektor Marek Brożyniec wymagał punktualności od wszystkich, oprócz siebie.
– Spacer dobrze mi zrobi – odetchnęłam głęboko. Powietrze pachniało żywicą, igliwiem i lekką wilgocią liści. Pogodą władało wciąż lato, chociaż gdzieniegdzie zieleń przechodziła w delikatną złotawą żółć i jej odcienie: pomarańcz, czerwień i brąz. Bagniste polanki rozpościerające się za domami jesień powoli otulała swoimi dłońmi.
Zanuciłam starą piosenkę, odpędzając czarne myśli, które powróciły szybko, gdy dostrzegłam w oddali znikający na horyzoncie sznur ptaków. Bociany wracają do ciepłych krajów. Znowu coś się kończyło. Uwielbiałam wiosnę. Czas, gdy przylatywały. Budowały gniazda. Dostojnie przechadzały się po okolicznych łąkach. Wzruszała mnie ich troska o młode, wykluwające się w wysokich gniazdach. Dumni rodzice wznosili w niebo długie, czerwone dzioby, radosnym klekotem, ogłaszając szczęście z przyjścia na świat dzieci. Zazdrościłam im. Tego uczucia miałam nigdy nie doświadczyć…
Gdy otworzyłam wyniki badań, chciałam wierzyć, że to pomyłka. Poddaliśmy się im oboje. To ja nie mogłam mieć dzieci. Nigdy – brzmiał wyrok. Nie winiłam go za ten pierwszy cios. Zawiodłam jako kobieta. Zaprzepaściłam nasze wspólne szczęście i musiałam ponieść karę. Każdej nocy wstępowałam do piekieł, by o poranku usłyszeć najszczersze „przepraszam”. Podobno w życiu spotyka nas tylko to, na co się godzimy. Miałam zatem to, na co zasługiwałam. Mirek jeszcze długo wynagradzał mi swoje chwile słabości. Im mocniej bił, tym goręcej przepraszał. To nieprawdopodobne, jak bardzo do tego rytmu przywykłam.
– Cześć Anka! – Zza szyby morrisa mini wychyliła się Agata Rostowska. –– Co tak z buta idziesz? – zaśmiała się.
– Chwilowa awaria samochodu.
– Wsiadaj. Podrzucę cię – zaproponowała.
– Nie, dziękuję. Wolę się przejść.
– Jak chcesz – popatrzyła z politowaniem – pamiętasz chyba, że spóźnienia nie są u nas mile widziane, a do tego zmokniesz – wskazała ciemną chmurę przesuwającą się po niebie w stronę lasu.
– Nie jestem z cukru. I mam parasolkę.
– I bądź tu miły, człowieku! – westchnęła pod nosem, zasuwając szybę.
Samochód minął mnie z piskiem opon. Odetchnęłam z ulgą. Nie sądziłam, że los ponownie skrzyżuje nasze ścieżki. Kiedyś koleżanki z klasy, dzisiaj koleżanki z pracy. Ja jej unikałam, ona pojawiała się w moim życiu na przekór wszystkiemu, udając, że przecież nic się nie stało.
Przyspieszyłam kroku, trochę wbrew sobie. Nie lubiłam tej pracy, dyrektora, zawistnych koleżanek i atmosfery Szkoły Podstawowej w Lipsku. Nie miałam jednak wyjścia. Nie mogłam całymi dniami bezczynnie patrzeć w sufit i rozpamiętywać wszystkich bolesnych chwil, których doświadczyłam. Nie tędy droga…
– Wyjdź do ludzi, dziecko – powtarzała mama. – Nie chcesz powiedzieć, co się stało, nie musisz, ale zamykać się na innych nie możesz. Serce mnie boli, jak na ciebie patrzę – załamywała ręce.
– To niech mama nie patrzy – odburkiwałam i zamykałam się w swoim starym pokoju.
– Daj jej spokój – bronił mnie ojciec. – Jak zechce, sama powie. Nie naciskaj.
Nie chciałam o tym rozmawiać. Jeśli tylko zacznę, cała gorycz rozczarowań wróci do mnie ze zdwojoną siłą. Nie chciałam nawet o tym myśleć. Życie toczy się dalej i nie jest ważne, że Anka Jabłońska znowu się sparzyła. Kolejny raz. Setny raz…
– Kto ma miękkie serce, ten ma twardą d…. – mawiała babcia, szeptem artykułując ostatnie słowo. Ona znalazłaby odpowiedź na moje pytania. Jej bym powiedziała… Boże! Jak bardzo mi jej brakowało. Kiedy umarła, zawalił mi się świat, jakby odszedł z niego ostatni ukochany człowiek. Jakby świat miał się skończyć. Ten jednak na ironię trwał nadal ze swoimi bzdurnymi problemami. Małostkowy. Powierzchowny. Głupi.
***
Szkoła rozbudowała się od czasu gdy byłam jej uczennicą. Pierwsze dni, gdy jako świeżo zatrudniona bibliotekarka przemierzałam szkolne korytarze, nasuwały wiele wspomnień. Biblioteka znajdowała się wciąż w tym samym miejscu, w starej części szkoły. Powiększono ją jedynie o salę z paroma komputerami, oblepiając pomieszczenie plakatami informującymi o dotacjach płynących z przecudownej UE. Tuż obok, jak niegdyś znajdowała się szatnia, w której na długiej przerwie należało w szybkim tempie zmienić obuwie, by zdążyć na obiad wydawany w budynku obok. Dzisiaj już go nie było. Zrównano go z ziemią, a w tym miejscu wyrosło piękne boisko. Kiedyś obok stołówki rozciągał się piaszczysty plac, na którym najchętniej grało się w gumę. Skakali wtedy wszyscy. Dziewczyny i chłopcy. Teraz za oknem snuły się grupki znudzonych nastolatków.
Jak przewidziałam, uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego odbyło się z poślizgiem. Najważniejsi byli przedstawiciele organu nadzorującego, a nie dzieci i ich rodzice, grzecznie wciśnięci w kąt sali gimnastycznej. Honorowe miejsca w pierwszym rzędzie długo stały puste. Gdy przedstawiciele lokalnej władzy dotarli w końcu na swoje krzesła, przemowy, którymi uraczyli obecnych, były dla odmiany długie, a na domiar złego nie na temat. Miałam wrażenie, że uczestniczę w wiecu przedwyborczym, a nie uroczystym wchodzeniu w nowy rok szkolny.
Dyrektor nie był dobrym mówcą. Słuchając jego przemówienia w rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej, dostałam boleści brzucha. Ukończenie podyplomowej historii i przejęcie etatu historyka na wiele się nie zdało. Powinien poprzestać na skakaniu przez kozła – myślałam mściwie.
– Nie bądź taka harda, Jabłońska – ostrzegł, gdy zarobił w twarz w ciasnym kantorku obok sali gimnastycznej. Przyszedł niby to przypadkiem. Przycisnął do ściany, pchając łapę pod bluzkę. Rozśmieszył go mój opór. – Nie bądź taka harda! – powtórzył kiwając palcem –– bo długo tu nie popracujesz. Taką opinię ci wystawię, że nie znajdziesz pracy nawet w Ameryce – dokończył, odchodząc.
– Cholerny zboczeniec! – Zacisnęłam pięści. Nogi miałam jak z waty. Cała się trzęsłam. Z obrzydzenia. Z bezsilności. Przeklinając dzień, w którym posłuchałam matki i zgłosiłam się na rozmowę o pracę do dyrektora Brożyńca, naszego sąsiada.
– Idź, Aniu. Co ci szkodzi? Rozmawiałam z Haliną Brożyńcową. W Gminie pierwsze skrzypce gra u wójta. Na zastępcę awansowała i zaraz swojemu Mareczkowi posadkę zaklepała. Bo jak to mówią na wsi – nachyliła się do mnie z uśmiechem – z niego taki dyrektor jak z koziej dupy trąba! Wuefista. Tyle że przystojny jeszcze, to Halina pilnuje, żeby się kto nie połakomił. Ja tam na jej miejscu to bym za nim splunąć nie chciała, ale jej mąż, jej gust – tokowała.
– Ale jaki to ma związek ze mną? – broniłam się słabo.
– Pracę dostaniesz – obruszyła się. – A jak cię raz przyjmą, to i nie wyrzucą. Skończyłaś studia. Pracowałaś. Szkoda dziecko twojej nauki. Chcesz wszystko zmarnować?
– Przecież polonistki nie potrzebują – oponowałam.
– Na razie nie. Ale Halina mówiła, że biblioteka się zwolniła. Ta stara bibliotekarka… Jak ona się nazywała? – zastanowiła się.
– Pani Marczak. Julianna Marczak – podpowiedziałam. – Co z nią?
– Właśnie umarła. Klepsydry we wsi wiszą.
– I ja miałabym pracować w bibliotece?
– A jaki to problem? Książki lubisz czytać. Dziecku wypożyczyć to nawet ja bym umiała. Co za sztuka?
Nie skomentowałam.
– No, nie patrz tak na mnie. Żartowałam. Wiem, że to wcale nie takie proste. Swój rozum mam. Ale skoro zwolniło się miejsce, a Halina cię poprze, nie ma siły. Praca w szkole gwarantowana. Wspomniała, że na kurs cię wyślą i szafa gra.
– A dyrektor?
– Mąż swojej żony? – zaśmiała się. – On nie ma tu nic do gadania!
***
Do domu postanowiłam wrócić inną drogą. Za szkołą rozciągał się las i leśna ścieżka przez puszczę, którą wędrowałam niezmiennie przez osiem lat podstawówki. Nie raz rozbiłam nos na oblodzonej ścieżce, gdy zimą brnęłam tędy na przekór zaspom i zawiejom. Teraz nawet zimy były inne. Pory roku jakby oszalały. Znikło przedwiośnie, lato nie pachniało już tak obłędnie zapachem skoszonej trawy, a miejsce żniwiarzy, pracowicie zgarniających przeschniętą trawę na łąkach, zajęły maszyny i turyści plączący się po leśnych szlakach, hałasując i śmiecąc na potęgę. Przerzedzony zagajnik wyglądał jakby smutniej i ciszej. Wycinka drzew, choćby i słuszna, była dla mnie niezmiennie potwornym barbarzyństwem.
Nie lubiłam zmian. Kochałam moje puszczańskie, rodzinne strony miłością wariacką, stałą i bezbrzeżną. Jak mogłam kiedykolwiek stąd wyjechać? Przytuliłam twarz do chropowatej, pachnącej żywicą kory drzewa, wsłuchując się w jego krwiobieg. Mojego drzewa, które jakimś cudem uniknęło wycinki. Nie sadziłam go, ale adoptowałam przed laty, traktując jak najlepszego przyjaciela. Stało przy tej ścieżce przez wszystkie te długie lata i czekało na mnie.
– Masz nie po kolei w głowie! – stwierdziła Agata, gdy podpatrzyła pewnego razu, jak wypłakuję się mojemu szumiącemu przyjacielowi prosto w pień. Szła za mną celowo.
– Zauważyłyście, że ona zawsze tam znika po lekcjach? – szeptała do dziewczyn w szatni.
– Może spotyka się tam z Marcinem – podpowiada ktoś.
– Z Marcinem? – prycha Agata. – Z Marcinem Korczyńskim z VIII a?
– Jesteś jakoś słabo poinformowana – śmieją się. – Zupełnie jak nie ty, Agatko.
– Bzdury. – Zapina płaszcz. – Marcin nie spojrzałby nawet na takiego dziwoląga jak Anka Jabłońska. Wiecie, że ona gada do drzew?
– Coś się przyczepiła? – któraś staje w mojej obronie. – Zazdrosna jesteś czy okresu dostałaś? – wybuchają śmiechem.
– Prostaczki – mruczy pod nosem, wychodząc. – Szkoda słów.
– Zaczekaj! – Biegną za nią. – Co jeszcze widziałaś?
Wystraszył mnie, wciągając w leśne krzaki, podczas zabawy w podchody. Lekcje wuefu, póki pogoda pozwalała, odbywały się na świeżym powietrzu. Żeby uniknąć wielokilometrowych biegów przez las, upraszaliśmy nauczyciela, by pozwolił nam grać w podchody. Przystawał na to dość często. Tego dnia – wczesną jesienią – mieliśmy połączone zajęcia. Pan Kruczkowski przydzielił mnie do grupy ósmaków i zanim zdążyłam zaprotestować, kazał biec. Start! Długonoga grupa medalistów z ukochanej klasy i dumy pana Kruczkowskiego wyrwała z kopyta, pozostawiając mnie daleko w tyle. Biegłam, z trudem łapiąc oddech. Świeżo wyryte na ścieżce strzałki wskazywały drogę. Nie widziałam już nikogo. Za chwilę ruszy druga grupa i jeśli dojrzy mnie na ścieżce – przegramy. Przegrają przeze mnie – pomyślałam ze zgrozą. Musiałam się schować. Zbiegłam ze stromego pagórka, szukając strzałki. Były. Dwie. Przeznaczone dla ścigających. Z daleka słyszałam wyraźny tupot. Wbiegłam między krzaki na oślep, potknęłam się i zaorałam nosem mokry piasek nad rzeką. Podniosłam się z trudem, próbując znaleźć dobrą kryjówkę. Głosy zbliżały się. Wtedy z krzaków wyskoczył nagle jakiś chłopak, chwycił za rękę i bez słowa upchał pod gęstym świerkiem, mocno otaczając ramionami. Starałam się wstrzymać oddech, co nie było łatwe. Sapałam jak lokomotywa. Ramię kolegi ścisnęło mnie mocniej. Przywarłam policzkiem do jego piersi. Pachniał leśną ściółką wymieszaną z zapachem męskiej wody toaletowej podprowadzonej ojcu. Tego zapachu nie udało mi się nigdy wyprzeć z pamięci. Gdy wyjechał, przyłapywałam się na tym, że chłonę zapach wilgotnej kory drzew, przywołując w pamięci jego obraz. Udało się. Grupa ścigających pokręciła się w okolicy, przeszukała parę krzaków i pobiegła ścieżką obok.
– Nabrali się! – szepnął z dumą. – Wychodzimy.
Wyglądałam chyba jak leśne straszydło, bo zaśmiał się głośno.
– I czemu rżysz ?! – rozzłościłam się, oskubując z suchych liści wczepionych w bluzę i wypełniających kaptur. Spodnie miałam upaprane piachem. Tenisówki mokre.
– Ty jesteś ta Anka z końca? – zapytał bez ceregieli.
– Nie, z początku! – rzuciłam oschle, ruszając w kierunku szkoły.
– No wiesz, tak tu mówią – nie przejął się. – Jak tu przyjechałem ze Śląska do Brzezin – mówił, biegnąc truchtem obok mnie – to utarło się, że dziadkowie mieszkają „na końcu”. Teraz to sam nie wiem. Bo skoro ty na końcu Lipska, to ja na początku Brzezin lub odwrotnie. A jak wolisz?
– Nie zastanawiałam się – ucięłam.
– Nie złość się! – Zrobił wokół mnie kółeczko. – Chyba cię wystraszyłem? Przepraszam.
– Skąd ten pomysł? – oburzyłam się. – Nie jestem strachliwa.
– Pewnie nie – podskakiwał w miejscu – tak po lesie codziennie sama chodzić, niejedna by się bała.
– Skąd wiesz, że chodzę po lesie?
– Widzę cię codziennie. Trenuję po lekcjach na zawody – zrobił skłon i podskoczył do najbliższej gałęzi. – A potem idziesz do tego dziadka w lesie i czytacie wiersze na ławce. Nieraz słyszałem.
– Śledzisz mnie! – Zastąpiłam mu drogę.
– Jesteś inna niż wszystkie dziewczyny ze szkoły – zatrzymał się. – Gadasz do drzew i jesteś zawsze trochę nieobecna… Podobasz mi się. – Patrzył wesoło.
– Wypchaj się. – To były jedyne słowa, które przyszły mi do głowy. Pobiegłam leśną ścieżką, nie oglądając się za siebie. Policzki mnie paliły. Byłam wściekła. Co on sobie wyobraża? Jak śmiał za mną łazić!
Mógł mnie dogonić, ale został w tyle. Dobrnęłam do szkoły równo z dzwonkiem. Na boisko schodzili się uczniowie, w większości przemoczeni i z igliwiem we włosach. Ustawiliśmy się w grupach. Ósmaki nie dali się przechytrzyć i siódma ich nie wykryła. Byli na starcie przed nimi. Marcin mrugnął do mnie zza pleców pana Kruczkowskiego, wpisującego do dziennika plusy dla zwycięzców. Gwizdek i rozeszliśmy się do domów.
Tego dnia nie wracałam do domu przez las. Poszłam okrężną drogą przez wieś, wysłuchując paplaniny drepczącej obok mnie Agaty.
Moja przyjaźń z Marcinem rozpadła się właśnie za sprawą Agaty. Nigdy nie zwracałam na niego uwagi, ani on na mnie. Był rok starszy, wysportowany i zadziorny. Nie grzeszył urodą, ale miał w sobie to „coś”, co nie pozwalało dziewczynom spać po nocach. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Zasypiałam spokojnie z książką pod poduszką. Byłam przecież dziwna.
Ściągnęłam z nogi gips dużo wcześniej niż powinnam, używając w tym celu ręcznej piłki taty. Noga bolała, gdy przenosiłam na nią ciężar ciała, lecz Marcin był w moich oczach wart każdego poświęcenia. Zaprosił mnie na bal z okazji zakończenia ósmej klasy i szczerze zmartwił, gdy nasze wspólne wyjście stanęło pod znakiem zapytania. Skręciłam nogę, lecz przyrzekłam mu, że na balu będę jak nowa. Marcin postanowił iść na bal sam. Skoro ja nie mogłam, nikt inny nie wchodził w grę. Czułam się wyjątkowa.
Odwiedzał mnie codziennie. Po szkole przebiegał parę kilometrów w ramach treningu, wstępował na herbatę i biegł do Brzezin. Przynosił lekcje. Opowiadał, co w szkole. Nie zdradziłam jednym słowem o niespodziance, którą szykuję. W mojej głowie powstał romantyczny plan: sama ściągnę gips, włożę najpiękniejszą sukienkę i pojawię się na balu niczym Kopciuszek, nadając radość obliczu mego księcia. Na nieszczęście, zawsze dotrzymuję słowa…
Moje pierwsze naiwne uczucie pękło tamtego wieczoru niczym bańka mydlana. Drwiący wzrok Agaty uczepionej ramienia rozpromienionego Marcina pamiętam do dzisiaj. Patrząc na niego po latach, przywołałam w pamięci gorycz tamtej chwili. Nie wybiegł za mną powstrzymany czułym objęciem Agaty. Nazajutrz przyszedł, ale nie chciałam go widzieć. Potem wyjechał.
Nie wyobrażałam sobie powrotu do szkoły. Upokorzenie było zbyt silne. Na szczęście nie musiałam. Przez wakacje pogodziłam się z faktami, a we wrześniu stawiłam czoła uszczypliwościom Agaty. Listy Marcina wrzucałam do kosza, bez otwierania…
Stare dzieje. Wciągnęłam w płuca rześkie, jesienne powietrze. Las pachniał zupełnie jak wtedy. Zamknęłam oczy, obejmując drzewo. Nie pomagało. Dzisiaj czary nie działały.
***
– O co ci chodzi, Anka? – spytała, gdy nasze drogi po latach ponownie się skrzyżowały. – Wyraźnie mnie nie lubisz. – Patrzyła z wyższością pięknymi, piwnymi oczami. – To Marcin cię zostawił. Nie miałam z tym nic wspólnego. To był jego wybór. Jak widzisz, nie wyszło nam. Z wami byłoby podobnie. Po co rozpamiętywać stare, dziecinne czasy? Byliśmy przecież dziećmi. Nastolatkami. Nikt nie powinien brać poważnie zauroczeń w tym wieku. Mijają równie szybko jak grypa – zaśmiała się.
– Tak. Nie lubię cię – przyznałam. Agata zacisnęła usta. – Ale nie za to, że Marcin wybrał ciebie.
– Za co więc, jeśli mogę spytać?
– Za to, że lubisz sprawiać innym ból. Bawi cię to. Niszczysz to, co dobre. Zdobywasz, by po chwili rzucić w błoto, gdy na horyzoncie pojawia się nowa błyskotka.
– Daruj sobie tę wątpliwą filozofię – prychnęła.
– Pytałaś, więc mówię.
– Zawsze byłaś trochę dziwna, więc się nie obrażę. A, jeszcze jedno. Za chwilę wyślę dzieci po książki z gramatyki. Bądź łaskawa przygotować 20 sztuk. To chyba najlepiej ci wychodzi – zadrwiła. – Praca w tej stercie zakurzonych staroci musi być pasjonująca!
– Nie narzekam – położyłam na biurku stos książek. – Może sama weźmiesz, zamiast wysługiwać się dziećmi?
– Żartujesz chyba!
– Korona ci spadnie?
Rozmowę przerwał jak na zawołanie dyrektor Brożyniec.
– Pani Agatko! – rozpromienił się, traktując mnie jak powietrze. – Właśnie pani szukam. Mam pilny telefon z Niemiec. Chyba chodzi o wymianę uczniów planowaną na święta. Znam trochę niemiecki, ale mówią tak szybko… – tłumaczył się.
– Ależ oczywiście, panie dyrektorze – zaćwierkała – jestem do dyspozycji, tylko… – zawahała się.
– Tak, pani Agatko?
– Co z dziećmi? Właśnie niosłam na lekcje materiały dydaktyczne – spojrzała na stos książek.
– Ach, to żaden problem – ucałował ją głośno w wypielęgnowaną dłoń. –– Proszę biec do gabinetu i załatwić tę sprawę. Ja zajmę się resztą. Proszę natychmiast przejść do sali języka niemieckiego i zastąpić koleżankę – spojrzał na mnie, gdy zarumieniona Agata oddaliła się zwiewnym krokiem w stronę sekretariatu. –Szybciutko. Dzieci czekają – wskazał niedbałym ruchem dal korytarza i wyszedł, nie zamykając drzwi.
– „Plecy to ta część ciała bliźniego, którą oglądasz, gdy jesteś w nędzy” – mówiła babcia. – Lub nie poddałaś się intymnym badaniom w kantorku – dodałam w myślach, zgarniając na ręce stos książek.
Obrazków w tym stylu było wiele. Wirowały przed oczami jak dokuczliwe insekty. Miałam na nie dobry sposób. Objęłam moje drzewo jak przed laty. Jak kiedyś. Serce wybija rytm coraz spokojniej. Czary działają. Robię głęboki wdech nosem i z impetem wypuszczam rześkie powietrze ustami.
Anno Jabłońska, masz nie po kolei w głowie – szepnęłam w las. I cóż z tego…
***
Ścieżka w tym miejscu zataczała krąg i wychodziła na prostą przy leśniczówce. Do Lipska pozostały już tylko dwa kilometry śródleśnej drogi. Z daleka widać było dym wydobywający się z komina naszego domu. Mama pewnie przygotowała już jabłecznik, a może nawet bigos dla dziadka. Jestem pewna, że zmiękła – zaśmiałam się w duchu. Uwielbiała swojego teścia.
Wyszłam z leśnej ścieżki, wprost pod leśniczówkę. Stała cicha, zbyt cicha jak na tę porę dnia. Dziadek Piotr co prawda nie hałasował, ale nie było go także na ulubionej ławeczce przed domem. A jeśli coś się stało? Piotr Rawicz od lat mieszkał samotnie w leśniczówce. Synowa i wnuk nie mogli znaleźć z Piotrem wspólnego języka i wyprowadzili się do miasta. Nie miał nikogo oprócz nas. Mieszkaliśmy w najbliższym sąsiedztwie. Poza tym dziadka Tadeusza i dziadka Piotra łączyły jakieś wspólne dzieje w partyzantce i bardzo się lubili i wspierali. Do tego dochodziła przyjaźń Seby z wnukiem Piotra Rawicza – Michałem.
Lubiłam dziadka Piotra, choć wielu uważało go za dziwaka i odludka. Dla mnie bariera pokoleń nie istniała. Zaglądałam do niego czasem i siedzieliśmy na ławeczce bez słów, zapatrzeni w ścianę lasu przed nami. Mówił do mnie „wnusiu” i recytował wiersze. Słuchałam tego z zapartym tchem, przysięgając wcześniej, że nikomu nie wspomnę o tym ani słowa.
– Uznaliby mnie za jeszcze większego wariata – uśmiechał się. – To będzie taka nasza wspólna tajemnica, Aniu.
Wypożyczałam dla niego książki albo przynosiłam swoje. Czasem czytałam mu wiersze Baczyńskiego. Tak było w podstawówce. Droga powrotna ze szkoły niemal zawsze prowadziła obok leśniczówki, gdzie dziadek Piotr czekał na mnie z malinową herbatą zimą lub wiśniowym kompotem, gdy doskwierały upały. W liceum odwiedzałam go coraz rzadziej, zajęta swoimi „ważnymi” sprawami, a potem wyjechałam za mężem w daleki świat i kontakt z dziadkiem Piotrem urwał się na dobre. Ile razy byłam u niego w ostatnim czasie, gdy wróciłam sklejać własne życie na nowo? Może kilka. Ja nie byłam już taka sama, dziadek też bardzo zamknął się w sobie. Dla nas obojga los nie był łaskawy.
Otworzyłam drewnianą furtkę i stanęłam przed drzwiami. Zapukałam. Cisza. Jeszcze raz. Nic. Tylko koty podbiegły do drzwi miaucząc. Dziadek Piotr dbał o nie jak mało kto. Nacisnęłam klamkę coraz bardziej zaniepokojona. Drzwi ustąpiły cicho i do nóg przypadło stadko kotów, łasząc się i stając na łapach.
– Dziadku Piotrze!
Weszłam do kuchni. Pusto. Na stole kubek z herbatą. Okruszki chleba.
– Dziadku Piotrze!
Zapukałam do drzwi jego pokoju.–Cisza. Nacisnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły, lekko skrzypiąc. Jest. Chyba zasnął w swoim bujanym fotelu. Podchodzę bliżej, powoli, żeby go niepotrzebnie nie przestraszyć nagłym wtargnięciem.
– Dziadku…
Głowa spuszczona na piersi, bezwładnie opuszczone dłonie…– O Boże! Cofnęłam się. Ogarnęła mnie panika. Co robić? Drżącą ręką przyłożyłam do jego szyi dwa palce. Jego ciało było ciepłe. Wyczułam słaby puls. Żyje!
– Halo! Pogotowie! Przyjedźcie natychmiast. Starszy mężczyzna, koło osiemdziesiątki. Nieprzytomny. W leśniczówce, Lipsko 75. Tak. Od strony Brzezin będzie szybciej. Moje nazwisko? Anna Jabłońska. Sąsiadka. Czekam. Wyjdę na drogę…– Dziadku Piotrze, wytrzymaj proszę! Zaraz przyjedzie pomoc. – Pogłaskałam delikatnie jego bezwładną dłoń. – Nie umieraj... Wybieram numer domu.
– Ania? Gdzie ty się podziewasz tyle czasu! Wszystko wystygło… –– mama nie daje mi dojść do głosu. – Dziadek z bigosu zadowolony, że hej! – śmieje się.
– Mamo! Dziadek Piotr zasłabł. Wezwałam karetkę. Przyślij tatę jak najszybciej. Czekam!
– O Boże! – usłyszałam w słuchawce. – O mój Boże!
***
Godziny oczekiwania na wiadomości ze szpitala dłużyły się w nieskończoność. Wreszcie samochód taty zajechał pod dom. Mama, dziadek Tadeusz i ja zastygliśmy w niemym oczekiwaniu, wpatrzeni w drzwi wejściowe. Po dobrej chwili pojawił się w nich tata. Wiedzieliśmy, co powie. Jego twarz była bardzo poważna i skupiona.
– Za późno. Stało się – westchnął, wchodząc do kuchni. Podłoga zaskrzypiała żałośnie w ciszy, która zapadła. Dziadek wstał ciężko z krzesła przy stole i wolno ruszył do swojego pokoju. Jego sylwetka skurczyła się nagle, zgarbiła. Błękitne oczy zaszkliły. Mama, ocierając kącik oka dłonią, również wstała i otworzyła przed dziadkiem drzwi. Stukot jego laski ucichł po chwili w sąsiednim pokoju.
– Gdybym przyszła chwilę wcześniej…
– Nie obwiniaj się, Aniu. – Tata usiadł obok. – Widocznie nadszedł jego czas. Nie mogłaś nic zrobić. Organizm był już wyczerpany. Lekarze próbowali go ratować, ale on nie chciał już żyć. Odszedł spokojnie i cicho. Tak jak żył.
Mama pociągnęła nosem.
– Zadzwonię do Jadzi.
– Koniecznie – przytaknął. – Jest wiele rzeczy do załatwienia. Same się nie zrobią.
– Zajmę się kotami. – Wstałam. – Trzeba je nakarmić. Wygłaskać…
– Podwiozę cię – zaproponował tata – a potem zajrzę do twojego samochodu. A jak nie zdążę do jutra, to weźmiesz mój.
– Dzięki, tatuś. Jedźmy.
Leśniczówka sprawiała jeszcze smutniejsze wrażenie niż po południu. Koty nie dokazywały. Czuły, że ich opiekun odszedł. Zwierzęta wyczuwają takie sprawy szybciej niż ludzie. Na widok pustego fotela, w którym znalazłam dzisiaj nieprzytomnego dziadka Piotra, ścisnęło mnie w gardle.
– Żegnaj, dziadku Piotrze – pogładziłam oparcie jego bujanego fotela. – Nigdy cię nie zapomnę.
ROZDZIAŁ 2
Michał
Była to kolejna, nieudana rozmowa w sprawie pracy. Od wielu lat nic nie szło po mojej myśli. Cholera! Znowu to samo. Przed oczami stanął mi obraz sprzed paru chwil:
– Czy posiada pan doświadczenie w pracy pedagogicznej? – oczy pani dyrektor spoglądały na mnie ciekawie zza oprawek eleganckich okularów.
– Niestety, żadnego – przyznałem, zgodnie z prawdą. Od ukończenia studiów nie znalazłem pracy zgodnej z wykształceniem.
Dyrektorka przeniosła wzrok ze mnie na dokumenty leżące tuż przed nią na biurku. Rozgarnęła je niedbałym gestem, zaszeleściła kartkami i przez chwilę studiowała w skupieniu ich zawartość. W końcu z niedowierzaniem uniosła brwi, co nadało jej twarzy wyraz ogromnego zdziwienia.
– Ale to już dziesięć lat! Skończył pan studia dziesięć lat temu – powtórzyła i spojrzała na mnie z wyraźną naganą i niesmakiem.
Pod ciężarem jej karcącego wzroku miałem wrażenie, że siedzę w ławce przyłapany na braku pracy domowej i nie mam na to żadnego racjonalnego usprawiedliwienia.
– Sytuacja na rynku pracy nie jest łatwa…
– Proszę Pana, to są wymówki – przerwała mi, energicznym ruchem zdejmując okulary. Gdyby pan naprawdę chciał pracować – dwa ostatnie słowa powiedziała z naciskiem – znalazłby pan sposób na kryzys. Mnie też nie było łatwo, ale jak pan widzi – wyprostowała się dumnie na krześle – nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba tylko chcieć.
Dźwięk telefonu zagłuszył ostatnie słowa.
– Tak, słucham? Aaaa, to ty, Marysiu – przestała zwracać na mnie uwagę. – Tak, będę na pewno... Oczywiście, to nie może czekać...
Głos w słuchawce z uporem o czymś komunikował. Niegrzecznie wyjść, niegrzecznie się odezwać, ale chyba nic tu po mnie. Wstałem. Pani dyrektor przesłoniła dłonią słuchawkę. Nie miała zamiaru mnie zatrzymywać.
– Bardzo przepraszam. To pilny telefon. Oddzwonimy do Pana po rozpatrzeniu wszystkich podań. Do widzenia.
Wyszedłem. W sekretariacie czekały już kolejne osoby: dwie dziewczyny i chłopak z wyglądu świeżo po studiach. W naszej mieścinie oferta pracy dla historyka w szkole podstawowej to coś na miarę Cudu nad Wisłą. Który to już raz zostałem zeszmacony w progach placówki oświatowej? – myślałem, idąc w kierunku osiedla. Straciłem rachubę i chyba przywykłem.
Na naszej ścianie wschodniej, oferta pracy dla nauczyciela historii była na miarę cudu. Ale Jadzia tego nie rozumie albo rozumieć nie chce. Gorycz porażki zniesie gorzej ode mnie, chociaż za nic w świecie tego nie przyzna.
Czułem nieodpartą chęć ucieczki w nieznane, ale po krótkim namyśle zrezygnowałem. „Co się odwlecze, to nie uciecze” – zabrzmiało mi w uszach jedno z jej ulubionych porzekadeł. Znała ich tysiące i z pasją wygłaszała przy każdej okazji.
Podszedłem pod blok i z rezygnacją spojrzałem w okno na czwartym piętrze. Nie dostrzegłem mamuśki, co kazało mi przypuszczać, że wypatrzyła mnie już dawno i pobiegła do drzwi. Wspinałem się po schodach, jakbym szedł na ścięcie.
Moje poszukiwanie etatu nauczyciela historii do złudzenia przypominało pracę Syzyfa. Za chwilę stoczy się na mnie głaz wyrzutów, a może nawet matczynych łez. I rzeczywiście. Drzwi naszego mieszkania otworzyły się gwałtownie i na klatkę wybiegła zniecierpliwiona Jadwiga.
– No i co tam? – zapytała w biegu.
– Hipopotam! – burknąłem pod nosem.
Jadzia nie zamierzała ukrywać, że jest dotknięta. Uniosła głowę, spojrzała na mnie z politowaniem, a potem odwróciła się na pięcie i dostojnie oddaliła do kuchni. Tam z grobową miną wróciła do lepienia pierogów na obiad.
– Mamo! – krzyknąłem. – Moim zdaniem powinnaś przyjąć do wiadomości, że twój syn jest i prawdopodobnie na zawsze już pozostanie bezrobotnym magistrem historii. Najwyższy czas do tego przywyknąć.
W odpowiedzi zmierzyła mnie wzrokiem bazyliszka, co oznaczało tylko jedno: „W kogo ty się wdałeś?” – pytanie retoryczne, które ostatnio zadawała mi przynajmniej dziesięć razy tygodniowo.
– Jest jeszcze cień nadziei – podszedłem bliżej, próbując załagodzić sytuację nutą humorystyczną – musisz poderwać jakiegoś wpływowego faceta z ministerstwa oświaty i zaklepać dla mnie etacik w szkole naprzeciwko.
Zanim zdążyłem uskoczyć, dostałem ścierką po głowie.
Od gderania, a może nawet i matczynych łez uratował mnie dzwonek do drzwi. Otworzyłem.
– Cześć, stary! Masz chwilkę?
Podstępna mina Sebastiana Jabłońskiego, mojego wieloletniego kumpla, który pojawił się w drzwiach, nie wróżyła nic dobrego, ale lepsze to niż Jadziowe wywody i szczegółowa analiza moich życiowych porażek.
– Właśnie wychodziłem – poinformowałem go. – Jadzi zabrakło mąki na pierogi.
Unikając kolejnego ciosu ścierką, wydostałem się na klatkę schodową.
– Moje uszanowanie, pani Jadziu! – Seba nie mógł darować sobie lizusostwa. – Uciekamy przed burzą z piorunami, co – rzucił półgłosem, serwując mi potężne klepnięcie w kark.
– Masz łapę jak młot! – jęknąłem na bezdechu. – Dobrze ci zrobiły te wczasy w sanatorium.
Seba nawet nie mrugnął. Dla większej części populacji ludzkiej pobyt w więzieniu jest traktowany jako coś wstydliwego. Seba miał na ten temat szokująco odmienne zdanie.
– Spoko – powiedział z uśmiechem. – Rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata. Chodź, strzelimy po browarze i omówimy pewne sprawy.
***
Ogródek piwny pękał w szwach. Bez słowa protestu podążałem za plecami Sebastiana, które do złudzenia przypominały włochaty kark niedźwiedzia jaskiniowego. Niedźwiedź stanął przy barze, zażądał piwa, a następnie ciężko opadł na pierwsze z brzegu krzesło. Od stolika zerwały się dwie spłoszone dziewczyny i pospiesznie opuściły ogródek.
– Zmarniałeś, stary, aż żal patrzeć – stwierdził, patrząc na mnie z uwagą. Potem duszkiem opróżnił kufel piwa, odczekał zmęczony tym wyczynem i głośno beknął. – Jak na moje oko – ciągnął bez skrępowania – znowu w życiu ci nie wyszło... – zanucił kawałek piosenki Budki Suflera, lekko zmieniając tekst. – Niech zgadnę – pastwił się nade mną z wyraźną przyjemnością. – Pan magister Rawicz dostał kolejnego kopa od kolejnej jaśnie oświeconej dyrekcji. W domku mamusia chciała przełożyć przez kolano niedobrego synalka i przylać mu pasem na gołą pupę.
Bez wątpienia świetnie się bawił. Nie dziwiło mnie to specjalnie. Znaliśmy się od przedszkolnej piaskownicy, a Sebek uważał mnie za swojego najlepszego kolegę, chociaż pasowaliśmy do siebie jak pięść do nosa. – Postanowiłeś więc wesprzeć w bólu kumpla łajzę i polać mu świeże rany zimnym piwem dla ochłody? – zapytałem zgryźliwie.
– Czy ja wyglądam na Matkę Teresę? – nachylił się w moim kierunku z chytrym uśmiechem. – Mam dla ciebie propozycję biznesową i mówię ci – głupi będziesz, jeżeli nie skorzystasz.
– Wiesz, że cię lubię, stary, ale zapomnij. Nie chcę skończyć tak jak ty.
– Mój nowy biznes jest czysty jak łza – obruszył się. Po koleżeńsku proponuję. Jak się trochę rozkręcę, wezmę cię na wspólnika. To jak?
- Przecież dobrze wiesz, że kiepski ze mnie mechanik. Nie będziesz miał ze mnie pożytku – wykręcałem się.
- Niech cię głowa nie boli. Przyuczę cię – zachęcał. Perspektywa praktykowania u Sebka nie wyglądała różowo, ale być może nie miałem wyjścia.
- Daj pomyśleć, człowieku. – Dopiłem piwo. – Co nagle, to po diable, jak mówi Jadzia.
Sebkowi zrzedła mina.
- Nie to nie, prosić nie będę. Powiem ci tylko tyle, drogi kolego, że życie brutalne jest, albo ty je za łeb albo ono ciebie! Bez urazy, stary, ale swoje lata już masz, a co osiągnąłeś? – podsunął mi pod nos swoje wielkie łapsko i zaczął wyliczać. – Po pierwsze – mieszkasz z matką, po drugie – jesteś sam, po trzecie – laska cię wystawiła, po czwarte – zaciągnąłeś kredyt studencki, który spłacałeś szorując kible i podając cegły niedouczonym fachowcom na budowach, po piąte, dziesiąte i dwudzieste piąte: jesteś bezrobotny, jeździsz autem rówieśnikiem i olali cię wszyscy znajomi, oprócz mnie.
Przyznaję – zatkało mnie. Krótka, choć wyjątkowo bolesna analiza mojego życia osobistego w wykonaniu Sebastiana Jabłońskiego była zadziwiająco trafna. Trzydzieści pięć lat życia zmieściło się w paru pesymistycznie brzmiących punktach.
Czułem, że ogarnia mnie rozpacz.
– Wiesz co, Sebek – powiedziałem nieswoim głosem – zanim omówimy twoją propozycję biznesową, to...
– Co?
– Napijmy się jeszcze.
– Dobry pomysł.
– Muszę się znieczulić.
– Ja stawiam.
Wypiliśmy całkiem sporo.
***
Chociaż w korytarzu panował półmrok i starałem się jak najciszej przemknąć do swojego pokoju, wyczuwałem (oprócz własnego chmielowego oddechu), coś wiszącego nad moją głową z nieuchronnością i siłą greckiego fatum. Szybko przekonałem się, że tym czymś, a raczej kimś była moja matka Jadwiga, wyłaniająca się z mroków kuchennych niczym Atena z głowy Zeusa. Walczyłem właśnie z butem zaklinowanym na mojej stopie, gdy mnie dopadła.
– O której to się wraca do domu? – zasyczała jak żmija gotowa do ataku. – Nie dość, że wychodzisz z tym kryminalistą, to jeszcze wracasz zalany w trupa w środku nocy! Nie tego spodziewałam się dożyć na stare lata!
– A czego, jeśli wolno spytać?
Moja bezczelność rozjuszyła ją jeszcze bardziej i zobaczyłem nagle wyraźnie, że gdyby wzrok mógł zabijać, nie żyłbym od minuty, co – przyznaję – bardzo mnie zaskoczyło. Jeszcze niedawno matka, nazywana przeze mnie Jadzią lub mamuśką, zaserwowałaby mi ścinkę w głowę i oboje uśmialibyśmy się z tej sytuacji jak z dobrego żartu. Byliśmy zawsze bardziej przyjaciółmi, niż matką i synem. Zrozumiałem nagle, że coś musiało się wydarzyć, gdy po dołującej analizie Sebastiana utknąłem na dłużej w nocnym barze.
– Mamo, przepraszam... Coś się stało?
Musiałem wyglądać żałośnie i komicznie zarazem, bo oczy Jadzi nieco złagodniały. Westchnęła ciężko, pokręciła głową i bez słowa skierowała się do swojego pokoju.
– Czy coś się stało? – powtórzyłem pytanie już bardziej trzeźwy.
– Dziadek umarł dziś wieczorem – powiedziała i cicho zamknęła za sobą drzwi.
ROZDZIAŁ 3
Ania
Po raz pierwszy w życiu miałam ochotę popełnić morderstwo z zimną krwią. Powstrzymała mnie jedynie myśl o rozpaczy rodziny odwiedzającej mnie za kratami więzienia.
– Panie dyrektorze – uchyliłam drzwi gabinetu – czy mogę zająć panu chwilkę?
Marek Brożyniec spojrzał na mnie groźnie zza biurka. Był sam. Zastępca, dyrektor Weronika Mazur uwijała się jak w ukropie, organizując zastępstwa za nieobecnych nauczycieli. Rok szkolny rozpoczął się nagłym atakiem grypy. Unikałam gada jak mogłam, ale chyba nie mam wyjścia.
– Słucham? O co chodzi?
Udawał zajętego, grzebiąc w stercie papierów na biurku. Nie było tajemnicą, że bez Weroniki utonąłby niczym Titanic w pewnym zderzeniu z górą lodową.
– Panie dyrektorze, chciałam prosić o zwolnienie na pogrzeb – przeszłam w progu do meritum sprawy.
– Pogrzeb? – Podniósł wzrok. – A kto umarł?
– Piotr Rawicz. Nasz sąsiad – przypomniałam.
– Aaaa – machnął ręką. – Ten staruszek z leśniczówki. Nie wiedziałem, że to pani rodzina.
– Dziadek Piotr to przyjaciel domu. Nie byliśmy spokrewnieni.
– W takim razie nie mamy o czym rozmawiać. Wolne się nie należy.
– Panie dyrektorze, bardzo proszę – zaschło mi w gardle – to dla mnie bardzo ważne. Pogrzeb zaczyna się za godzinę. Wrócę zaraz po uroczystości i zostanę dłużej w pracy.
Marek Brożyniec wyprostował się w fotelu i patrząc na mnie z uśmieszkiem, przegryzł końcówkę ołówka, którym bazgrał coś przed chwilą na kartce.
– Hmm – zamruczał. – Przyszła koza do woza?
– Słucham?
Po plecach przeszedł mi dreszcz obrzydzenia.
– Powiedzmy, że wyrażę zgodę – zmrużył oczy. – Na co mogę liczyć w zamian?
– Na odpracowanie opuszczonych godzin w wyznaczonym przez pana czasie – starałam się panować nad sobą.
Dyrektor uśmiechnął się pod nosem. Wstał zza biurka i zwinnie przysiadł na krawędzi swojego biurka. Nie poprosił mnie, żebym usiadła.
– Co powiesz na sobotę wieczór? – lekko przeszedł na „ty”. – Spacer i kolacja w dobrym towarzystwie dobrze ci zrobi. Wyglądasz na przemęczoną – zmrużył oczy.
– Niestety, jestem już umówiona – wycedziłam. – Z chęcią natomiast zastąpię panią Krystynę na języku polskim, zgodnie z kwalifikacjami.
– Nie będzie to konieczne – odparł, wstając. –– Pani Krysia wraca w poniedziałek do pracy. Natomiast dzisiaj pani obecność jest niestety niezbędna – usiadł za biurkiem, przyciągając do siebie ramowy plan zajęć. – Za godzinę ma pani zastępstwo w Va, a potem w VI b i IV a. I proszę mi wierzyć, pani Anno, będzie to z pożytkiem i dla pani i dla szkoły. Cmentarz to niezbyt dobre miejsce dla młodych kobiet. Jeszcze mi pani za to podziękuje – wskazał ręką drzwi.
Musiałam zaczerpnąć świeżego powietrza, żeby ostudzić wściekłość. W oddali rozbrzmiał dźwięk dzwonu zwołującego na mszę żałobną.
– Przepraszam, dziadku Piotrze – wyszeptałam – odwiedzę cię niebawem. „Mamo – wystukałam krótkiego SMS – nie mogę przyjść, mam zastępstwo”.
***
Zastępstwa za chore koleżanki nie były spełnieniem moich marzeń. Któż jednak miałby na nie chodzić? Inny nauczyciel zażądałby pieniędzy. Bibliotekarka pracowała w ramach swoich godzin. Do cięć budżetowych nadawałam się w oczach dyrektora wprost idealnie. Każdą kolejną odmowę spotkania i unikanie go na szkolnych korytarzach uznawał za afront i bez skrupułów przydzielał wciąż nowe obowiązki. W ramach swoich godzin obskakiwałam także świetlicę szkolną, a nawet sekretariat.
– Dwie kawy, pani Aniu! – zażądał, otwierając z rozmachem drzwi gabinetu, gdzie Agata „pracowała ciężko”, prowadząc wesołą konwersację z burmistrzem Schwäbisch Hall. – I jeszcze jedną prosimy – ponownie uchylił drzwi. – Jaką pijesz, Marysiu? – zwrócił się do wyniosłej, rudowłosej damy, redaktor naczelnej „Nowin”, która nie patrząc na mnie, powędrowała bez pukania na dyrektorskie apartamenty. – Ze śmietanką, czy bez?
– Cappuccino. Najlepiej orzechowe – uśmiechnęła się do Agaty, niedbale zrzucając lekki płaszczyk na fotel. – Tyle razy ci mówiłam, Mareczku, że piję tylko z ekspresu – westchnęła.
– Orzechowe się skończyło – zamruczał, zaglądając do szafki. – Proszę szybko podbiec do sklepu – rzucił na stół sztywny banknot. – I ciastka czekoladowe. Koniecznie muszę postarać się o ekspres – zamknął drzwi.
– Pani Aniu, ksero znowu się zacięło! – powitała mnie w bibliotece rozzłoszczona koleżanka, gdy uporałam się w końcu z umyciem stosu brudnych filiżanek i talerzyków pozostawionych niedbale w gabinecie dyrektora. – Papier utknął – wskazała na otwarte drzwiczki – a ja mam białą bluzkę! Niech pani coś zrobi – żądała.
– Ale pani brudna! – śmiały się dzieci, gdy wbiegłam do klasy, łapiąc w biegu dziennik. Czarny proszek rozmazał się na moim czole długą krechą.
– Pani Aniu – do klasy zajrzała matematyczka – proszę od czasu do czasu zajrzeć do 24. Zostawiłam otwarte drzwi i zadałam im ćwiczenia. Dyrektor prosił. Ja muszę wyjść.
***
W pokoju nauczycielskim zapadała cisza, gdy tylko pojawiałam się w drzwiach. Jedyną osobą, która w pośpiechu przesyłała mi uśmiech i odpowiadała na „dzień dobry” była wicedyrektor Weronika Mazur pracująca najciężej z całego grona. Nie widziałam jej nigdy zrelaksowanej nad filiżanką kawy. Szkoła funkcjonowała dzięki jej zaangażowaniu. Miałam jednak wrażenie, że nie dostrzegał tego nikt poza mną.
Było późno, kiedy uporawszy się z wpisywaniem książek do bazy wyszłam do łazienki umyć ręce. Z ostatniej kabiny doszedł mnie jakby cichy płacz. Wstrzymałam oddech. Nie myliłam się. Ktoś westchnął i wydmuchał nos. Podeszłam do drzwi toalety i zapukałam.
– Co się stało? Dlaczego płaczesz?
Byłam pewna, że jakieś dziecko spotkała przykrość. Może koleżanki coś powiedziały. Może skaleczyło się lub boli je brzuch. Ktoś w środku udawał, że go nie ma.
– Nie wstydź się – zachęcałam łagodnie – zaraz coś poradzimy. Jeśli chcesz, zadzwonię do twoich rodziców.
– To nic nie da – haczyk odskoczył i drzwi otworzyły się, skrzypiąc. – Ojciec nie żyje, a mamie nie miałabym serca zawracać głowy – wyjaśniła smutno dyrektor Weronika, wycierając oczy chusteczką. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, założyła na nos ciemne, przeciwsłoneczne okulary.
– Bardzo przepraszam – musiałam mieć głupią minę – myślałam, że to ktoś z uczniów.
– Pani reakcja była jak należy – uśmiechnęła się. – Nie musi pani przepraszać. Nie powinnam korzystać z łazienki uczniów, ale… to zapalenie spojówek tak mnie męczy... – poprawiła okulary, zasłaniając policzki włosami. Za późno. Zdążyłam zauważyć ciemny siniak rozlewający się spod oka na kość policzkową.
– Tak, to bardzo bolesna przypadłość – odwróciłam wzrok. – Kiedyś bardzo często na nią cierpiałam… – powiedziałam w przestrzeń, podchodząc do umywalki.
– Pani Aniu, czy mogę prosić, żeby to „spotkanie”… –– zaśmiała się sztucznie, wskazując na łazienkę – pozostało między nami?
– Nie wiem, o jakim spotkaniu pani mówi – wytarłam ręce. – Jestem tak zmęczona, że nie widzę na oczy.
– Marek nie pozwolił pani wyjść na pogrzeb?
Skinęłam głową.
– Najważniejsze, że jest tam pani myślami. – Spojrzała na mnie. – Rozumiem, co pani czuje, miałam podobną scysję z Markiem… – Patrzyła przed siebie. – Jest czas ustępstw i czas działania. Ten drugi nadejdzie niebawem – uśmiechnęła się. – Tymczasem na pocieszenie mam dla pani dobre wieści. – Nie rozumiałam. – W związku z tym, że pani Krystyna oczekuje dziecka – wyjaśniła – i postanowiła dla dobra ciąży pójść na urlop, przydzielam pani jej godziny polskiego. Otrzymałam przed chwilą odpowiednie dyspozycje z góry. Właśnie idę poinformować o tym Marka. W tej kwestii z kolei on nie ma za wiele do powiedzenia. Do widzenia – położyła mi dłoń na ramieniu.
– Do widzenia, pani dyrektor. Miłego dnia.
ROZDZIAŁ 4
Michał
Z dziadkiem nie łączyły mnie nigdy silne więzy. Babcia i tata zginęli w wypadku samochodowym, gdy miałem trzy lata. Po śmierci żony i syna dziadek Piotr pozostał już na zawsze w zupełnie innym wymiarze swojego życia. Załamał się. Ból sparaliżował go, a on nie próbował z nim walczyć. Zawsze był małomówny i stronił od ludzi, a odejście najbliższych jeszcze ten stan pogłębiło. Mama, chociaż bardzo się starała, nie potrafiła przebić pancerza, który przywdział. Obserwowałem tę sytuację i nie rozumiałem jej.
Kiedy wracałem ze szkoły, dziadek zazwyczaj siedział w starym bujanym fotelu lub na ulubionej ławce przed domem i patrzył gdzieś przed siebie lub czytał. Bardzo lubił koty, które po królewsku wylegiwały się na kanapie lub na jego kolanach. Pamiętam, że zazdrościłem im tego, bo bardzo chciałem, żeby dziadek czasem przytulił mnie i opowiedział jakąś ciekawą historię. Niestety, sytuacje takie zdarzały się niezwykle rzadko. Nie miałem taty i tak naprawdę nie miałem dziadka.
Mama była silniejsza. Śmierć męża i teściowej, która traktowała ją jak rodzoną córkę, była dla niej wielką życiową próbą. Została sama, bez wsparcia, bez pracy, bez perspektyw, próbując sklejać nasze życie na nowo: gotowała, sprzątała, dorabiała szyciem, biegała na wywiadówki i odrabiała ze mną lekcje. Mijały lata, a jej wysiłek szedł na marne. Teść kontemplował żałobę, zamknięty w swoim własnym świecie.
Gdy skończyłem ósmą klasę szkoły podstawowej, Jadzia podjęła decyzję o naszym wyjeździe do miasta. Dziadek przyjął to spokojnie, wręcz obojętnie. Zaprzyjaźniona z nami rodzina Jabłońskich zaofiarowała pomoc przy jego doglądaniu. Wyjechaliśmy. Mama znalazła pracę w zakładzie krawieckim i zamieszkaliśmy na stancji u znajomych, którzy wyjechali do USA na Zieloną Kartę. Po paru latach odstąpili nam mieszkanie za przystępną cenę. W ten sposób od dwudziestu lat byliśmy małą, dwuosobową rodziną mieszczańską. Uczestnicząc w smutnej ceremonii pogrzebowej na lipskim cmentarzu uświadomiłem sobie, że w ogóle nie znałem swojego dziadka, chociaż dożył sędziwego wieku, mieszkając samotnie w leśniczówce na skraju Puszczy Solskiej. Nie byłem dobrym wnukiem. Odwiedzałem go rzadko, z czasem zapominając o jego istnieniu. Teraz patrzyłem na opadającą w piaszczysty dół trumnę i czułem wstyd. Po chwili moje wyrzuty sumienia złagodził nieco głos Jadzi, która zwróciła się do grupki ludzi otaczających świeżo usypaną mogiłę:
– Bardzo dziękuję wszystkim za przybycie. Teść na pewno byłby zadowolony, widząc jak wiele osób przyszło go pożegnać. Zapraszam państwa do leśniczówki na konsolację. Czas biegnie tak szybko – westchnęła i spojrzała na skromny drewniany krzyż, na którym umocowano tabliczkę z napisem: „Piotr Rawicz. Żył 89 lat. Pokój Jego Duszy”.
Zebrani powoli opuszczali cmentarz.
– To była bardzo wzruszająca uroczystość. Ksiądz wygłosił piękne kazanie i pogoda dopisała – westchnęła Stefania Jabłońska, przyjaciółka Jadzi. We trójkę zamykaliśmy żałobny pochód, zmierzający po uroczystości w kierunku cmentarnej bramy. – Tatuś bardzo chciał przyjść na pogrzeb – tłumaczyła nieobecność na pogrzebie dziadka Jabłońskiego – ale lata robią swoje. Duszności nagle dostał, serce kołatało jak szalone, więc zabroniłam mu wychodzić z domu. Jeszcze by mi umarł, nie daj Boże! Bardzo przeżył śmierć pana Piotra. Wiesz, Michałku – podeszła bliżej – oni byli kolegami z partyzantki.
– Dziadek był w partyzantce? Nigdy o tym nie wspominał.
– Twój dziadek może i nie, ale ja nasłuchałam się wielu ciekawych historii od mojego teścia. Opowiadać to on potrafi jak nikt. Pamiętasz chyba?
– Tak – uśmiechnąłem się na wspomnienie barwnych opowieści, którymi Tadeusz Jabłoński sypał jak z rękawa.
– Przyjedź kiedyś do nas, Michałku. Dziadek będzie zadowolony. Lubi wspominać dawne dzieje, tylko nikt go słuchać nie chce. Młodzi dzisiaj co innego w głowach mają! Sebastian na przykład – tu wzniosła oczy ku niebu – chwilę miejsca nie zagrzeje, a i innym kłopotów nie zaoszczędzi. Wiesz przecież jak to z nim jest – spojrzała na mnie zbolałym wzrokiem. – Córkę mam za to udaną, chociaż szczęścia to ona w życiu nie zaznała – westchnęła. – Pamiętasz ją może?
– Jak przez mgłę… Taka mała, piegowata, w kucykach?
– Mała? Całkiem dorosła kobieta. Jest od ciebie młodsza dokładnie dziewięć lat. Kucyków już dawno nie nosi, a co do piegów, może jeszcze parę zostało… Pamiętam, jak Sebastian z wrzaskiem biegał za tobą po podwórku, a ja Anię w wózeczku usypiałam.
– Co u niej słychać, Stefciu? – zagadnęła przyjaciółkę milcząca dotąd Jadzia. – Myślałam, że będzie na pogrzebie.
Pani Stefania rozłożyła ręce w geście bezradności.
– Miała być, ale nie dali jej zwolnienia na tę smutną okoliczność. Dyrektor Brożyniec powiedział, że skoro to nie jej dziadek, to wolne nie przysługuje. Dyskusji nie było.
– Przynajmniej ma dziewczyna pracę – skomentowała zgryźliwie Jadzia, wymownie patrząc w moją stronę.- Chętnie przyznałabym jej jakiś order za doglądanie tego stada dziadkowych kotów.
– To prawda. Namnożyły się kociska przez te lata, a pan Piotr tknąć żadnego nie dał! Na to odważnych nie było – przytaknęła Stefcia. – Większość sama swoje miejsce po domach znalazła, ale pięć zostało.
– Jak dla mnie o pięć za dużo – mruknęła wojowniczo Jadwiga. – I co ja teraz, biedna, z tymi kociskami pocznę – gderała, wsiadając do naszego starego Golfa. – Do schroniska chyba wywiozę, bo kto kupi dom w pakiecie z takimi lokatorami? Marne szanse.
– Po co zaraz dom sprzedawać? – sapnęła Stefcia, siadając na tylnym siedzeniu obok mamuśki. – Źle ci tu było? Wrócisz, zajmiesz się domem, jak kiedyś, i z kotami problem rozwiązany!
Mina Jadzi nie wróżyła nic dobrego. Przyjaźń przyjaźnią, ale nikt tu jej pouczać nie będzie – wyczytałem wyraźnie z wyrazu jej twarzy odbitym w lusterku. Musiałem reagować, bo w przeciwnym wypadku razem z dziadkową odbędzie się za chwilę konsolacja Stefci.
– Rosół trzeba odgrzewać, ziemniaki nastawić! – rzuciłem pierwszy lepszy tekst, który przyszedł mi do głowy, szybko uruchamiając auto.
Przypadkowo trafiłem w dziesiątkę. Przez warkot silnika dobiegł mnie tylko zdławiony okrzyk mamuśki:
– O Boże! Na śmierć zapomniałam!
Pani Stefania była chwilowo uratowana.
***
Leśniczówka, w której mieszkał dziadek, leżała na skraju Puszczy Solskiej pomiędzy dwiema miejscowościami: Lipskiem i Brzezinami. Prowadziła do niej wyboista, polna droga otoczona sosnowo-jodłowym lasem. Za ścianą drzew ,na okrytej szczelnie zielenią i zawsze słonecznej polanie, stał drewniany dom dziadka; dom mojego dzieciństwa, kompletnie przeze mnie zapomniany.
Drzwi wejściowe wiodły przez ganek od północnej strony lasu. Drugie wejście było po przeciwnej, południowej stronie, ale korzystali z niego najczęściej domownicy i dobrzy znajomi. Prosto z domu można było wyjść do ogrodu. Wieczorem pachniała w nim maciejka a wiosną bzy. Wiele lat temu terytorium tym władała niepodzielnie Jadwiga Rawicz.
W wypielęgnowanym ogródku rosły malwy, słoneczniki i piwonie. Od wschodu można było obejść dom, pokonując wąską, zarośniętą bzem ścieżkę, przeznaczoną wyłącznie dla wtajemniczonych. Od zachodu dostępu do leśniczówki bronił stary sad.
Za pochylonym płotem rosła trawa, krzaki, zdziczałe porzeczki i maliny. W głębi, zamaskowane przed niepowołanym okiem, ukryte było miejsce tajnych spotkań Winnetou i Old Shatterhanda, czyli moich i Seby.
Przystanąłem obok starej jabłoni – to właśnie z niej spadłem i złamałem obojczyk. A tutaj Sebastian przywiązał mnie do drzewa i zostawił na parę godzin. Miałem przemyśleć kilka spraw, zanim zdejmie mi skalp. Nie uszło mu to na sucho; dostał od ojca tak solidne lanie, że z trudem siadał na tyłku przez dwa dni. To były czasy!
Odwróciłem się i spojrzałem na dom. Oplatała go z tej strony zielona jeszcze winorośl. Dom, chociaż drewniany, nie wyglądał najgorzej. Wszystkie usterki były od lat pieczołowicie i na bieżąco naprawiane. Dziadek w tych sprawach mocno stąpał po ziemi. Co roku wynajmował fachowców, którzy dokonywali koniecznych napraw. W ten sposób wymienił dach i okna, ocieplił budynek z zewnątrz i zmienił podłogę. Nie uznał za konieczne wymiany pieców kaflowych na centralne ogrzewanie ani podłączenie telefonu czy gazu ziemnego. Postęp cywilizacyjny miał swoje granice.
Obraz dziadka przyblakł w mojej pamięci. Od wielu lat go nie odwiedzałem. Po ukończeniu studiów i rozstaniu z dziewczyną wyjechałem do Irlandii z ekipą budowlaną pana Edzia, który smalił cholewki do mojej matki. Podobno miałem szczęście. Dyplom magistra historii nie robił wrażenia na pracodawcach. Pracy w naszym kraju nie było, zwłaszcza na Wschodzie, który słusznie wielu określa mianem Polski „B”. Granice jednak stanęły otworem, weszliśjmy do UE i czekała nas świetlana przyszłość… na zmywakach. Pojechałem. Praca pomogła mi zapomnieć o Majce. Pomagałem przy pracach wykończeniowych i zarabiałem nieźle. Pieniądze wysyłałem Jadzi, która w końcu nie musiała liczyć każdego grosza. Mało piłem, co nie było dobrze widziane w ekipie. Teksty o przemądrzałym magisterku słyszałem coraz częściej i gęściej. Pan Edzio nie znalazł uznania u mojej matki, która nie miała zamiaru z nikim się na starość wiązać, z dnia na dzień stawałem się zbędny. Nie byłem fachowcem, więc odsyłano mnie do szorowania kibli i najbardziej syfiastej roboty.
– Żebyś sobie nie myślał, że jesteś od kogoś lepszy, bo masz studia – poklepywali mnie po plecach życzliwi koledzy.
– Pewnego dnia pan Edzio z „przykrością” stwierdził, że nie ma jej dla mnie zajęcia. Wróciłem do domu z postanowieniem, że solidniej powalczę o pracę w szkole. Skoro byłem przemądrzałym magisterkiem, trzeba to było wykorzystać. Wielu ludzi z mojego pokolenia wybrało podobną drogę. Wielu zostało, ja w końcu wróciłem, by powalczyć o pracę zgodną z dyplomem. Na próżno.
Szybko przekonałem się, że zatrudnienie w oświacie to nie kwestia wykształcenia czy umiejętności a nawet pasji i zainteresowań, ale wyłącznie znajomości i to przez duże Z. Nie znasz burmistrza, przewodniczącego rady gminy, prezydenta? Nie masz stryja dyrektora ani przynajmniej matki nauczycielki? Zapomnij o pracy w szkole! Aby otworzyć drzwi do sezamu i zasiąść w czcigodnym gronie pedagogów, musisz znać magiczne zaklęcie brzmiące mniej więcej tak:
- Dzień dobry. Nazywam się Michał Rawicz. Jestem historykiem i przychodzę z polecenia… – tu pada nazwisko wysoko postawionego promotora.
– Ależ, oczywiście! – pada uprzejma odpowiedź dyrektora placówki. brzmi uprzejma odpowiedź dyrektora placówki. – Przed chwilą miałam/miałem telefon w tej sprawie. Jest Pan przyjęty. Witamy w naszym szacownym gronie!
Zaklęcia nie znałem. Nie zastanawiałem się długo i wyjechałem ponownie. Tym razem do Holandii. Gdyby nie Jadzia, być może zostałbym tam na dłużej.
– Michaaał! – krzyczała Jadzia, aż dudniło w uszach.
– Idę! – przeciąłem na ukos sad.
– Gdzie ty chodzisz? ? – Szarpnęła mnie władczo za rękaw koszuli. – Biegamy ze Stefcią jak w ukropie, a ty sobie znikasz w najlepsze! Psik! A kysz! – machnęła ścierką w kierunku kotów przyczajonych pod domem. – Pan Ryszard chciał z tobą porozmawiać.
– Pan Ryszard?
–Adwokat. Nie pamiętasz go? Czasami bywał u dziadka.
– Nie wiesz, o co chodzi?
– Idź, to się dowiesz. – Mrugnęła tajemniczo.
***
Skierowałem kroki do domu. Przez ganek i wąski korytarz wchodziło się bezpośrednio do kuchni, położonej od południa. W lecie była przez to jasna i nagrzana słońcem. Jadzia unowocześniła ją nieco, wstawiając obok starego pieca chlebowego z zapieckiem kuchenkę gazową, na której zwykle gotowała. Teraz unosił się nad nią aromat świeżo parzonej kawy. Pani Stefania kroiła ciasto. Na talerzach leżały same przysmaki. Jadzia chwyciła w ręce tacę z filiżankami i poprowadziła mnie wąskim korytarzem do pokoju, szumnie zwanego przez nas salonem. Gdyby nie wizyta na cmentarzu, mógłbym uwierzyć, że odbywa się tutaj jakieś towarzyskie spotkanie. Prawda niestety była inna. Głucho zamknięte drzwi od pokoju dziadka sprawiały przykre wrażenie. Znowu przypomniałem sobie, po co właściwie tu jestem.
W pokoju dziadka siedziało kilka osób. Jadzia podała kawę i podreptała po ciasto. Jeden ze starszych panów wstał na mój widok i przywitał się, mocno ściskając mi dłoń.
– Jesteś, Michale – wskazał ręką fotel. – Siadaj, proszę. Poczekamy jeszcze na panią Jadwigę i zaczniemy.
– Co zaczniemy? – spytałem.
– Twój dziadek, Piotr Rawicz, wiele lat temu sporządził testament. Za chwilę go odczytamy. – wyjaśnił z uśmiechem. - Możemy zaczynać? – zapytał, gdy do pokoju weszła Jadzia z ciastem.
Skinęliśmy głowami. Mecenas założył okulary i wolno przeczytał:
Ja, niżej podpisany, Piotr Rawicz, powołuję do spadku po mnie mojego wnuka, Michała Rawicza, i zapisuję mu dom wraz z działką, lasem i budynkami gospodarczymi. Przekazuję także srebrny sygnet z orzełkiem – pamiątkę rodzinną. Oświadczam, że wolę swoją wyrażam bez przymusu, w pełni pozostając świadomym. Piotr Rawicz.
***
Ostatnia wola dziadka była dla mnie dużym zaskoczeniem. Wydawało mi się, że ten zamknięty w swoim hermetycznym świecie starszy pan nie bardzo wie, kim jestem i co robię w jego domu. Dopiero teraz, patrząc na pusty fotel w jego pokoju, zrozumiałem, że dziadek nie tylko rozpamiętywał w nim swoją przeszłość, ale myślał także o mojej przyszłości.
Chociaż położyłem się późno, nie mogłem zasnąć. Nasze uporządkowane, zwyczajne życie zaczęło nabierać rozpędu. Szły zmiany. Jadzia chyba też to zauważyła, bo sprężyny łóżka w pokoju obok postękiwały i skrzypiały, gdy przewracała się z boku na bok. Najwidoczniej Jadzia też intensywnie rozmyślała o nowej sytuacji. Patrzyłem w ciemność, obracając na palcu piękny sygnet z orzełkiem. Wszystko wskazywało na to, że jestem u siebie w domu.
ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz